Listonosz św. Brata Alberta

Jeśli chcą Państwo być informowani o aktualnościach i wydarzeniach w placówkach św. Brata Alberta prowadzonych przez Koło Wrocławskie TPBA, to prosimy o wpisanie swojego adresu e-mail:

Krzyś nie z tego świata (Tygodnik Angora, 02.02.2014)
Autorstwo / redakcja: Tomasz Patora / Tygodnik Angora   
czwartek, 30 stycznia 2014 10:38

Beata mówi, że pewnie się nie dowie, jak i dlaczego zginął Krzyś. Ale Andrzej chyba znalazł odpowiedź: – Siedziałem godzinę na zadaszonym murku przed budynkiem, który stał się jego grobowcem, wśród tej sterty śmieci, i poczułem się podobnie jak on – wokół chodzili ludzie, zwracali twarze do słońca, uśmiechali się, ale mnie nie widzieli. Byli po drugiej stronie szyby, której nie było…

Co się stało, kiedy Krzyś zrozumiał, że jest w pułapce? Czy to możliwe, żeby nie walił do upadłego w zasłaniające wyjście płyty, żeby nie krzyczał do ostatniego oddechu? – Musi pan przestać myśleć naszymi kategoriami, tak zwanych normalnych ludzi – tłumaczy mój przewodnik. – Od kilku dni i nocy prześladuje mnie taka wizja: obraz Krzysia, który najpierw zaskoczony próbuje się wydostać z pułapki, może woła o pomoc, a w końcu rezygnuje i owinięty w swoje gałgany czeka już tylko na śmierć.

Przystanek na rampach

Moimi przewodnikami po Wrocławiu są Beata i Andrzej Ptak. To oryginalna wycieczka: na trasie nie ma pięknego rynku z przyległościami, Ostrowa Tumskiego i drobiazgowo wyremontowanego kolejowego dworca. Chociaż nie, dworzec jest tuż obok, ale mijamy go szybkim krokiem, idąc w kierunku jego starego zaplecza – rozładunkowych ramp. Tory już zdemontowano, koparki burzą teraz z hukiem stare, ceglane konstrukcje – niebawem hiszpański inwestor wcieli w życie projekty nowych budowli. Pani Beata – drobna blondynka wyposażona w trapery i niewielki plecak – sprawnie przedziera się przez gruzowisko; jej celem jest zagrodzony blaszanym płotem (napis: „Wstęp wzbroniony – niebezpieczeństwo”) ostatni niepozbawiony dachu fragment budynku. Zza robotników i maszyn słychać męski głos – „Oli” już nas zobaczył, odsuwa płot i pokazuje najprostszą drogę przez gruzowisko. – Tędy się nie ubrudzicie – tłumaczy. Naturalnie ciemna karnacja, oczy czarne jak węgle, wyjątkowo młody jak na to miejsce – chyba nawet przed trzydziestką. Z daleka widać tylko małe ognisko, ułożony na cegłach ruszt, na nim przykryty garnuszek. – O, obiadek grzejecie! – pani Beata uśmiecha się, zaglądając do pozbawionych okien ruin. W środku, w pomieszczeniu wielkości dziecinnego pokoju, niewielki stolik, dwa zużyte fotele, pięciu mężczyzn i kobieta. Poprawka: mężczyzn jest siedmiu, poruszyły się czarne od brudu kołdry na położonych wzdłuż ściany barłogach i wyszło z nich jeszcze dwóch zaspanych mieszkańców. „Cześć, Beatko!”, „Cześć, kochanie!”, „Co u ciebie!” – wszyscy witają moją przewodniczkę, niektórzy przytulają się, jak do długo oczekiwanego gościa. Strategia Beaty jest prosta i od progu czytelna: to uśmiech i delikatne sugestie („Może byś poszedł do ogrzewalni choć rzeczy wysuszyć”, „Boję się o twoje nogi, robisz coś z tymi ranami?”) zamiast nakazów, dystansu i spojrzenia z innego świata. To także pytania o przeróżne sprawy: „Do wiosny was nie zburzą?”, „Pani ma na imię Ewa, prawda?”, „Ciągle chodzicie na skup na Grabiszyn?”; pada ich wiele, lecz wszystkie sprowadzają się do prostego komunikatu: „Pamiętam o was, obchodzi mnie wasz los”.

Dziś największym problemem Beaty są nogi Józka obute w zdezelowane adidasy („Oli” od razu donosi Beacie, że Józek nie zdejmuje ich od kilku tygodni): – Cały czas nie masz czucia w nogach? – No, tak się czuję, jakbym na szczudłach chodził. – Musimy coś z tym zrobić. Boję się, żebyś nie dostał martwicy, przyjdzie do ciebie lekarz. Józek pali skręta z uzbieranych niedopałków i kiwa głową, ale jakoś bez zaangażowania, trochę jakby chodziło o nogi kogoś innego.

Bezdomny, który nie chciał pieniędzy

Położony na placu Wróblewskiego, właściwie w centrum miasta, opuszczony pawilon, jednocześnie leży na uboczu: linia tramwajowa, ruchliwe skrzyżowanie przelotowych dróg i chodnik, także „przelotowy” – ludzie mijają pustostan szybkim krokiem, wokół nie ma żadnego powodu, by zwalniać. Andrzej, dziś wyposażony w elektryczną wkrętarkę, zatrzymuje się jak kilka tygodni temu przy dawnym wejściu do budynku. Wkręty powoli ustępują i przez nieregularną dziurę możemy schyleni wślizgnąć się do środka. Całą, naprawdę całą, podłogę szczelnie pokrywa mieszanina butelek, papierów i odchodów. Brodząc w nich, można w świetle latarki dostrzec, że z boku, za dużą salą (kiedyś był tu sklep meblowy), jest wejście na zaplecze. W lewym rogu za ścianą zostało parę łachmanów, zwinięta kołdra w kolorze brudu, popielniczka i dwie rozdarte poduszki. – Właśnie tu znalazłem Krzysia – mówi Andrzej Ptak. – Widać było, jak przeraźliwie jest chudy; miał otwarte oczy i zastygłą twarz. – Myśli pan, że po prostu tu nie zajrzeli? – Gdyby zajrzeli, musieliby go znaleźć. Ja nie miałem z tym żadnego kłopotu. Decyzja o zabudowaniu dzikiego, wydłubanego w paździerzowych płytach wejścia do pustostanu nie była zaskoczeniem. Nawet dzielnicowy prosił o to gminnego zarządcę opuszczonego budynku, argumentując, że to od lat ulubione miejsce koczowania bezdomnych. Spółka „Wrocławskie Mieszkania” wynajęła do tej operacji inną firmę, podwykonawcę też poinformowano, że w środku mogą koczować ludzie.

Inni bezdomni mieszkali tu dłużej, Krzysztof mniej niż rok. Odkąd namówił „Czarnego Artura”, żeby ten przestał pić i przeniósł się do schroniska, został tu sam. Beata: – Był nietypowym bezdomnym – lubił samotność. Może dlatego, że mimo swoich 38 lat był bardzo drobny, wyglądał jak chłopiec, miał dziecięce rysy. Takim jest ciężko, bo ulica jest bardzo twardym miejscem, ci ludzie spotykają tam głównie przemoc. – Przemoc ze wszystkich stron – dodaje Andrzej. – Służby porządkowe, wykonując swoje obowiązki, przeganiają ich z miejsca na miejsce, gówniarze ze świata „normalnych” też lubią czasem dla zgrywy skopać bezdomnych na śmietniku, wreszcie jeden bezdomny bije i okrada drugiego. A przy okazji, jeśli chodzi o pieniądze, Krzyś też się różnił od wzorca. Kiedyś chciałem go skusić, żeby przyjechał do schroniska. Wyciągam pięć złotych i mówię: „Jak ci się nie spodoba, będziesz miał na powrotny bilet”, a on mi odmawia i mówi: „Przecież wiesz, że to przepiję”. Beata: – Tyle lat spędził na ulicy, a nie przyzwyczaił się do panujących tam reguł. Niczego nie chciał, raz tylko poprosił o czapkę.

– Dlaczego nie wyszedł z legowiska, kiedy przykręcali te płyty? – To przypuszczenia: mógł spać pijany, a może strach nie pozwalał mu wyjrzeć, bo on bał się obcych. Nie można też przecież wykluczyć przypadku – że dokładnie w tym samym czasie umarł.

Beata i Andrzej Ptak są „streetworkerami”, społecznikami pracującymi z bezdomnymi w miejscu, gdzie oni żyją, czyli na ulicy. Ich celem jest niesienie wsparcia, a ostatecznie samodzielna decyzja podopiecznego o porzuceniu ulicy, wyborze schroniska, a w dalszej perspektywie wyjście z bezdomności. Państwo Ptak mają we Wrocławiu kilkuset podopiecznych.

Ogrzać się własnym ruchem i przetrwać

O tę czapkę Krzyś poprosił Beatę dlatego, że wcześniej Andrzej ogolił mu głowę: – Miał taką bujną, ciemną czuprynę, ale nie mogłem patrzeć, jak cała się rusza od wszy. Na którąś wizytę wziąłem maszynkę i uwolniłem go od włosów, był bardzo wdzięczny. To było jedno z ostatnich spotkań, potem Krzysia odwiedziła Beata, ale go nie zastała: – Pewnie był gdzieś na mieście, zostawiłam ślad, że byłam i o nim pamiętam – to był krótki liścik położony na posłaniu: „Co u ciebie? Mam nadzieję, że wszystko dobrze, niedługo wpadnę” – coś w tym stylu. To było 27 listopada. Andrzej: – Potem Beata choruje i nie może przyjść, pojawia się dopiero 11 grudnia i zastaje to miejsce zamknięte – wydrążoną przez bezdomnych dziurę zakryły przykręcone paździerzowe płyty. Beata: – Pomyślałam, że po prostu przeniósł się gdzie indziej. Nie brałam pod uwagę, że mógł zostać w środku, chociaż lekki niepokój pozostał. Andrzej: – Pytaliśmy na ulicy, ale nikt go nie widział. Ale także to tłumaczyliśmy sobie jego odmiennością: tym, że był cichy i wycofany. Stąd nawet na ulicy mało kto znał Krzysia. Niepokój wzrósł jednak, kiedy przyszły święta – pamiętaliśmy wielokrotne deklaracje Krzysia, że „święta chce spędzić u nas, w schronisku”. A jego nie było.

– Miał rodzinę, kogoś, do kogo mógł pójść? Andrzej: – Nigdy nie pytamy o biografię, czekamy aż sami zaczną mówić. Mądry „streetworking” jest dyskretny.

Krzysztof jednak mówił. Kiedyś był ochroniarzem, trafił do więzienia za jakieś oszustwa czy próbę włamania. Po wyjściu – typowa droga na ulicę – nie miał dokąd pójść. Do rodziców zawitał bodajże raz, ale wrócił... na ulicę i do picia. Andrzej: – Oczywiście, był alkoholikiem, w dodatku silnie uzależnionym. Miał nawet związany z tym potężny lęk. Podobno kiedyś jakiś lekarz powiedział mu, że nie może nagle przestać pić, bo w jego stanie grozi to padaczką i szybką śmiercią. I Krzyś zawsze starał się, żeby na noc przy jego barłogu stało trochę trucizny, która miała być lekarstwem. Ale nawet jeśli to była wymówka, już na całym świecie wiadomo, że w tym miejscu, na śmietniku życia, alkohol nie jest żadnym wyborem. Tam się nie pije, bo się chce! Pijesz, bo nie możesz nie pić! Bo nie wytrzymasz, nie uśniesz! Andrzej odpowiada na niezadane jeszcze pytanie o to, czemu razem z żoną, dobrowolnie i codziennie odwiedzają „śmietnik życia”: – Kiedy w swojej wrażliwości czy empatii wcielę się w ich postaci, to jestem pełen szacunku i podziwu. Jak można wytrwać, siedząc na przystanku całą mroźną noc? Pracując na ulicy, łatwiej ci poczuć ten chłód, wilgoć, czas, który biegnie powoli, moment, kiedy taka osoba musi wstać ze śmietnika, ogrzać się własnym ruchem. I wyruszyć w miasto o czwartej, kiedy ty się przewracasz w pościeli, znaleźć te puszki, sprzedać za pięć złotych. Przetrwać. Co zresztą typowe: bezdomni pielęgnują często wokół siebie etos twardzieli, jedyne, co im zostało. Mówią sobie: „Ja zawsze daję radę, wy normalni ludzie nie przetrwacie, ja przetrwam”.

Przystanek na dworcu

Etos twardziela buduje właśnie Maciek z kolejowych ramp, który wygrzebał się z pościeli, obściskuje Beatę i tłumaczy mi, że „wcale nie jest zimno”: – Teraz jest lato. Kiedy mieszkałem w wagonach, tam na bocznicy, kiedy było 30 stopni mrozu, to trochę, trochę marzłem – na twarzy Maćka pojawia się nonszalancki grymas. – Ale nie było źle, wodę tylko przy tyłku musiałem trzymać, bo wszystko rozsadzało. Jak pomidorem o ścianę piz..., to dziurę w ścianie zrobiłem.

Beata przypomina Józkowi, że przyjdzie lekarz, żegna się z mieszkańcami rampy („pilnujcie go, żeby ściągał buty”) i pędzi przez pięknie odnowiony dworzec kolejowy na stary dworzec PKS po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Tam w hali głównej jest już pewnie Antoni. – Właściwie nie jest bezdomny, ma mieszkanie, tylko on jest „zbieraczem” i się tam po prostu nie mieści. Próbowałam kiedyś wyrzucić część jego skarbów: miał minę, jakbym mu wyrywała kawałek duszy, a mieszkanie wkrótce znów było pełne. Poznałam go kilka lat temu na dworcu PKP. Ktoś go pobił i Antoni przerażony leżał na ławce.

Przypominają mi się słowa Andrzeja: – Pierwszy kontakt, dyskretny klucz do poznania człowieka, wsparcia go i wyprowadzenia z dzikiego świata. Teraz za radą Beaty Antoni śpi w pobliskiej noclegowni, dnie spędza na szkicowaniu wróbli z dworca PKS. Ma długie włosy, uśmiech na twarzy i szyję owiniętą nowym szalem za 25 zł. Za ten szal właśnie dostaję od Beaty burę: – Nie trzeba było marnować pieniędzy, przyniosłabym ci przecież szalik.

Antoni, nie przejmując się nazbyt, wyjmuje z ceratowej torby dzisiejsze wróbelki szkicowane markerem na okrągłych tekturowych podstawkach do kiełbasy z rusztu. Z dumą pokazuje mi też obraz: dojrzały słonecznik położony techniką impresjonistów na prawdziwym płótnie (podarowanym mu przez Beatę). – Uwielbiam rozmawiać z Antonim, to piękny człowiek. Beata, z zamiłowania plastyk, gada z nim na dworcu często po kilka godzin. Andrzej mówi, że Antoni i zmarły Krzysztof są na swój sposób podobni: – To nas przyciąga do takich osób, że one zdają się być jeszcze bardziej bezradne niż inni w tym miejscu.

„NN” nawet po śmierci

Kiedy Andrzej znalazł ciało Krzysia, zadzwonił na policję. Dla funkcjonariuszy Krzysztof K. nawet po śmierci pozostał „NN” – nieznanym mężczyzną, bo choć jego dane znali najbliżsi mu Beata i Andrzej, przy zmarłym nie znaleziono dokumentu potwierdzającego tożsamość. Wrocławska prokuratura wszczęła śledztwo, badając, czy w czasie zamykania pustostanu nie doszło do popełnienia przestępstwa, zarządziła sekcję zwłok „NN”, czyli Krzysia. Rzecznik miejskiej spółki „Wrocławskie Mieszkania” Rafał Bernasiński twierdzi, że nie ma powodu, by ujawnić nazwę firmy, której zlecono montaż płyt. Jego zdaniem na razie nie ma również powodów, by przypuszczać, że robotnicy popełnili błąd. Nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że „NN” Krzyś znalazł się w środku.

Sekcja zwłok nie dała odpowiedzi na kluczowe pytania, m.in. o przyczynę zgonu Krzysztofa K. Prokuratura zleciła dalsze badania tkanek, ich wyniki będą znane dopiero za miesiąc. Jednak z nieoficjalnych informacji wynika, że datę jego śmierci biegli wstępnie oznaczyli na tydzień lub dwa przed sekcją zwłok. Ta miała miejsce 14 stycznia, z oceny wynika więc, że Krzysztof K. żył jeszcze długo po zamknięciu budynku.

Tekst i fot.: TOMASZ PATORA
Autor na co dzień jest reporterem programu „Uwaga!”. Jego reportaż na ten temat ukaże się wkrótce na antenie TVN.

 
   
-->