Listonosz św. Brata Alberta

Jeśli chcą Państwo być informowani o aktualnościach i wydarzeniach w placówkach św. Brata Alberta prowadzonych przez Koło Wrocławskie TPBA, to prosimy o wpisanie swojego adresu e-mail:

„Wspominki” — tekst nagrodzony w konkursie literackim (2011)
Autorstwo / redakcja: Andrzej Mokros   
piątek, 07 października 2011 17:37

[Od redakcji www.BratAlbert.wroc.pl:] Prezentujemy tekst pt. "Wspominki" autorstwa Andrzeja "Bociana" Mokrosa — mieszkańca Schroniska św. Brata Alberta dla Bezdomnych Mężczyzn we Wrocławiu. Jest to utwór nagrodzony w konkursie literackim "30 lat minęło. Wspomnienia" zorganizowanym przez Zarząd Główny i Koło Poznańskie naszego Towarzystwa Pomocy z okazji 30-lecia jego istnienia, które przypada w roku 2011. Życzymy dobrej lektury!

*

Byłem kiedyś górnikiem w Wałbrzychu i wiodło mi się nie najgorzej. Miałem żonę, śliczną i kochaną córkę, miałem psa i papugę. A moim drugim po turystyce konikiem był wypieszczony ogród, dumnie zwany „Naszą działką”…

Przyszło mi na myśl, żeby napisać coś na laptopie, który dostałem na własność za uczestnictwo i ukończenie półtorarocznego kursu na teleinformatora turystycznego dla niepełnosprawnych. Postanowiłem wspomnieć ciekawsze momenty z mojego pobytu w schronisku dla bezdomnych. Ale na początek muszę napisać, jak do schroniska trafiłem.

Po transformacji ustrojowej nasza władza wpadła na genialny pomysł i zlikwidowano całe Zagłębie Wałbrzyskie. Z dnia na dzień kilkanaście tysięcy ludzi zostało bez pracy, ale za to z wypchanymi portfelami milionami złotych z odpraw, jakie wszyscy otrzymaliśmy. Nie starczyły one na długo, bo szalejąca wtedy w naszym kraju inflacja zamieniła te odprawy w głodowe zapomogi. Pieniądze, które dostałem z kopalni, stały się niewiele warte, poza tym w sklepach nie było co kupić, a w mieście i okolicy nie było pracy. Te frustracje spowodowały, że poróżniłem się z rodziną i wtedy podjąłem decyzję, by z Wałbrzycha wyjechać do Wrocławia, by tu znaleźć jakąkolwiek pracę. Okazało się, że takich jak ja jest w tym mieście więcej.

Różnie z tą pracą bywało, raz na wozie, więcej pod. Kilka razy zostałem okradziony ze swej pracy, bo nie dostałem wypłaty od oszusta pracodawcy. Przewinąłem się przez kilka robót, aż trafiłem na coś, co mnie bardzo zainteresowało. Dostałem pod opiekę wypożyczalnię łodzi nad Zalewem Mietków. Utrzymywała mnie ona i właściciela przez trzy lata. Nie chciałem nikogo do pomocy, bo uważałem, że sam dam radę ją poprowadzić i ufałem tylko sobie.

Żeby być konkurencyjnym dla drugiej wypożyczalni, to ja swoją miałem, jak mówiłem zainteresowanym, czynną „48 godzin na dobę”. By nie zawieźć zaufania wielu klientów, gotów byłem wypruć sobie żyły. Sprzęt był zawsze w dobrym stanie, gotowy do użycia, a bufet dobrze zaopatrzony. Tak intensywne i nie zawsze higieniczne życie niestety odbiło się na moim zdrowiu. Palenie ogromnej ilości papierosów, wypijanie hektolitrów kawy i czasami mocnego alkoholu nie pozostało bez śladu. Zaczęły boleć mnie podudzia. Zrzucałem ten ból na zmęczenie, przepracowanie, na wszystko, tylko nie na to, że to początki zaawansowanej miażdżycy. Kiedy ból był nie do zniesienia, pojechałem do szpitala, w którym dowiedziałem się, że dla lewego podudzia nie ma ratunku, i mi je amputowano.

Nie byłem ubezpieczony i na leczenie wydałem wszystkie oszczędności. Wyszedłem ze szpitala i trafiłem do nowowybudowanego schroniska dla bezdomnych im. św. Brata Alberta.

Tu zostałem serdecznie przyjęty, zaopiekowano się mną i dostałem pomoc w uzyskaniu świadczeń.

Tak się tu „zamieszkałem”, że nawet nie zauważyłem, jak minęło 11 lat.

W czasie, jaki tu mieszkam, wydarzyło się wiele ciekawych historii, które mile wspominam.

W schronisku były kręcone epizody do filmu-reportażu pod tytułem „Żywot Michała”, którego reżyserką jest pani Beata Januchta.

Moja osoba znalazła się w kilku scenach z tytułowym Michałem, który był jednym z mieszkańców schroniska. Wtedy poznałem mniej więcej, jak się zachować przed kamerą i nauczyłem się „nie płoszyć” w jej obecności. Nauczyłem się też nie kląć na ciągłe powtórki ujęć. (Podziwiam i współczuję zawodowcom).

Byłem bardzo dumny z siebie i swojego udziału w filmie, który zdobył kilka nagród na przeglądach.

Za jakiś czas powstała z inicjatywy kierownika schroniska „nasza” wytwórnia filmowa, która nazwana została Cinema Albert Production. W ramach filmoterapii kierownik i reżyser w jednej osobie zaproponował naszemu schroniskowemu kucharzowi, mnie i koledze z pokoju, posiadającemu bardzo charakterystyczny głos, role w filmie. Filmie, który nie miał scenariusza, listy dialogowej i budżetu. Miała to być historia trzech bezdomnych przygotowujących się do świąt Bożego Narodzenia.

Do kręcenia scen statycznych wykorzystywaliśmy schroniskowe zakamarki, a sceny plenerowe powstawały na wrocławskich ulicach i w naszym przyschroniskowym parku, który do końca II wojny był cmentarzem. Większość scen musiała powstać zimą i bywało, że na planie porządnie zmarzliśmy.

Wspomnieniem, które wryło mi się w pamięć, jest moment, w którym mieliśmy pokazać się w strojach filmowych z kilkudniowym zarostem. Mieliśmy wyglądać nieświeżo i trochę niechlujnie. W pewnym momencie reżyser pyta mnie, czy nie mam jakiejś „dziadowskiej” czapki, bo ta, którą mam na głowie, jest za porządna. Zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie, nie mam takiej czapki.

Na to kierownik: – To ja ci przyniosę swoją.

I cały film zagrałem w „dziadowskiej” czapce kierownika-reżysera.

Drugim niezapomnianym momentem powstawania tego filmu było kręcenie sceny, która miała być, a właściwie jest, sceną kończącą cały film. W „naszym parku” po ustawieniu bardzo silnych reflektorów i ich podłączeniu do prądu, po rozstawieniu kamery w trakcie czekania na spóźniającą się operatorkę drugiej kamery omawialiśmy co będziemy robić. Czekaliśmy też na odpowiednie ciemności, by uzyskać odpowiedni nastrój scen. Światłem pomocniczym były samochodowe reflektory, które miały nas oświetlać od tyłu w scenie wędrówki „do światła”, owych trzech silnych jupiterów, które niemiłosiernie „waliły po oczach”. Wymyślaliśmy, jak uzyskać efekt zimy i padającego śniegu, zaczęliśmy podrzucać przed obiektyw kamery śnieg, który tu i ówdzie jeszcze leżał.

Operator patrząc w wizjer kamery stwierdził, że to podrzucanie nie daje naturalnego efektu, że wygląda sztucznie i żebyśmy dali sobie spokój z efektami specjalnymi.

Kręcimy bez efektów.

Po kilku powtórkach, w których do przejścia było około 200 metrów, miałem serdecznie dość. Bolały mnie dłonie od kul, a koledzy byli już porządnie zmarznięci i marzyliśmy wszyscy o gorącej herbacie.

Nagle zaczął sypać śnieżek. Jak na zamówienie.

Na początku rzadziutki, ale z każdą chwilą było go więcej i był coraz gęściejszy. Kiedy zobaczyliśmy, jaki to daje efekt w silnym świetle jupiterów, nasze zmęczenie zamieniło się w entuzjazm i ochoczo zabraliśmy się do dalszego kręcenia. Przestały mnie boleć dłonie, a koledzy bardziej się ożywili. Operator z szerokim uśmiechem na twarzy przyklęknął za stojącą nisko kamerą i ryknął na cały głos „AKCJA”!!!

Zrobiliśmy kilka nawrotów, by powstało kilka scen, z których najlepszą umieszczono w filmie.

Ten śnieg, który, jak się później okazało, był ostatnim opadem tej zimy, którego oczekiwał reżyser, operatorzy kamer i my, który pojawił się tak nagle, do dziś uważam za mały cud.

W ten marcowy wieczór widziałem w tym sypiącym śniegu rękę Boga.

Nadal uważam, że maczał on palce w powstawaniu tej najpiękniejszej według mnie sceny.

Film po kilku pokazach we Wrocławiu został przyjęty do elitarnego grona filmów, jakie zostały zaprezentowane na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2007 roku.

Prawie cała nasza ekipa została zaproszona do Gdyni na festiwal.

Było to dla nas „bezdomniaków” wielkie wydarzenie i wyróżnienie znaleźć się w jednym miejscu i czasie wśród sław znanych nam z telewizji, kina i prasy i uczestniczyć z nimi wszystkimi w święcie filmu.

Byliśmy dumni, że wspomniano o nas w najważniejszych audycjach telewizyjnych i prasie. Ja byłem bardzo dumny, jak poproszono mnie kilka razy o autograf, ponieważ najczęściej składałem autografy na kwitach depozytowych w Izbie Wytrzeźwień.

Udział w tym filmie pozwolił mi na inne niż dotychczas spojrzenie na swoje życie. Zacząłem dostrzegać ludzi w ludziach mimo ich przywar. Zacząłem więcej zastanawiać się, kim jestem teraz i co jeszcze chcę osiągnąć. Na przykładzie powstawania tego filmu zobaczyłem, że jak się chce coś osiągnąć, to trzeba do tego dążyć nie zwracając uwagi na drobne niepowodzenia. Nie jesteśmy sami i zawsze znajdą się ludzie, którzy pomogą wytyczony cel osiągnąć. Trzeba jedynie być konsekwentnym w działaniu. Tak jak nasz reżyser, który stworzył film praktycznie z niczego, bo uważał, że wszystko można zrobić mając odpowiednią motywację i w pobliżu kilka osób myślących podobnie.

Nie można robić czegoś połowicznie na 50 %. Inni widząc determinację w dążeniu do celu z pewnością poprą nasze działania, bo widzą, że tylko to ma sens, co robi się do końca.

Moja osoba przewinęła się jeszcze w kilku produkcjach naszej wytwórni.

Żałuję, że nie jestem już tak aktywny w działaniach Cinema Albert Production, ponieważ w międzyczasie moja choroba i niewydolność służby zdrowia spowodowała, że nie mam obu nóg. I od jakiegoś czasu jestem wózkersem, tak nazywa się osoby poruszające się na wózku inwalidzkim. Co ciekawe, ta nazwa powstała we Wrocławiu.

Przez to jestem mniej mobilny i więcej ze mną kłopotu niż pożytku. A szef naszej wytwórni ma sporo pomysłów, w których chciałbym wziąć udział.

Jeżeli miałbym kiedyś coś komu doradzać, to tylko to, o czym już pisałem wcześniej. Wytyczyć sobie cel i do niego konsekwentnie dążyć. Nie robić nic połowicznie.

Ja nie tak dawno postanowiłem nie palić i nie palę. Kiedyś wydawało mi się niemożliwe rzucenie palenia, ale wtedy nie wiedziałem tego, co wiem teraz. To, czy coś zrobimy, wcale nie zależy od naszej słabej czy silnej woli. To zależy od czegoś, co ja na własny użytek nazywam „chciejstwem”.

Bo już starożytni mówili, że chcieć to móc, i dlatego staram się życzyć każdemu: chciej.

To takie epizody z życia, o których często opowiadam różnym osobom zainteresowanym życiem bezdomnych. Do schroniska dosyć często przybywają studenci albo początkujący dziennikarze. Są bardzo ciekawi, jak to się stało, że jesteśmy bezdomni. Nie ma szablonu, który można by przystawić do człowieka bezdomnego. Każdy z nas ma swój los i własne perypetie, które spowodowały, że znalazł się wśród mieszkańców schroniska.

„Bocian”

 
 

Nowości na naszych kanałach YouTube




 

Nasze wpisy na Facebooku

 
 
-->