Życie na ulicy — rozmowa o bezdomności (Wroclaw.pl)
Autorstwo / redakcja: Jarek Ratajczak / Wroclaw.pl, fot. MagdaRakita.com   
czwartek, 23 stycznia 2014 10:58

Wroclaw.pl: O „nowej ulicy”, kodeksie honorowym i życiu na ulicy z Andrzejem Ptakiem, który od 30 lat pomaga we Wrocławiu bezdomnym rozmawia Jarek Ratajczak.

Pan wyłamał zabite płytami paździerzowymi wejście do pustostanu przy pl. W. Wróblewskiego i znalazł ciało bezdomnego 38-letniego mężczyzny.

– Prześladuje mnie myśl, że Krzysztof był w środku, gdy zamykano to wejście. Był drobnej budowy i mógł nie mieć siły by wyjść. Nie przypuszczam, by ktoś miał złą wolę i zamknął go specjalnie. Może po prostu go nie zauważył, bądź nawet nie wszedł do środka.

Teraz ci, którzy zabezpieczają pustostany będą ostrożniejsi?

– Już są decyzje. Przy zamykaniu pustostanów we Wrocławiu ma być pracownik socjalny miejskiego ośrodka pomocy społecznej, a pomieszczenia mają być dokładnie przeszukiwane.

Pod barakiem zapalane są znicze…

– To dobrze. Krzyś był wrażliwym, dowcipnym i uczciwym chłopakiem. Był bardzo zdolnym uczniem. Mając nieco ponad dwadzieścia lat założył firmę. W wyniku różnych zdarzeń trafił na ulicę. Przyjechał do Wrocławia z Wielkopolski, bo słyszał, że tu są liczne jadłodajnie, a on był głodny.

Długo Pan pomaga bezdomnym?

– 30 lat.

Dlaczego?

– Nie wiem. Zacząłem mając 17 lat. Jako uczeń liceum plastycznego przyszedłem do schroniska przy ulicy Lotniczej malować ludzi… i tak zostałem.

Co jest takiego w tej pracy, że Pan został?

– Wyjątkowi ludzie, piękne osoby.

Bezdomnym łatwo jest zostać.

– Nawet Pan nie wie jak łatwo...

Myślimy tak – mam pracę, rodzinę, przyjaciół…. mnie to nie grozi…

– Znam ludzi, którzy byli na stanowiskach czy prowadzili własne firmy. Poznałem na ulicy byłego wicemarszałka województwa wielkopolskiego, doktora filozofii, chyba dwóch lekarzy… Ale większość doświadczała przemocy i różnych patologii w rodzinach. Tych osób bezdomność dotyka najczęściej.

Kogo można spotkać na ulicy?

– Trudne pytanie, ale tak naprawdę każdego z nas. I nie mówię tego, by kogoś straszyć, czy przestrzegać. Wystarczy, że wyjdę na ulicę. Coś mi się stanie: potrąci mnie samochód, nie pójdę do pracy, zawalę spłatę kredytu, zaczną się kłopoty w rodzinie. Wszystko może się nagle odwrócić przez chorobę, załamanie, jakieś życiowe problemy. Są też osoby, które powiedzmy w „normalnym” świecie się nie odnalazły, żyją poza głównym nurtem.

Ale ktoś może powiedzieć – chce żyć pod mostem, niech żyje. Wolny wybór.

– Załóżmy, że bezdomny nie chce być bezdomnym. Kompletnie nic nie ma, w nikim oparcia. Jedyne miejsce, gdzie czuje się wolny, to ulica czy dworzec. Nie ma dokąd pójść. Bezdomny rzadko ma wybór. Ulica to dla mnie konkretne osoby. Ja widzę Krzysia, Jacka, Tomka. Każdy ma swoją osobistą historię. To wystarczy, by nie mieć stereotypu bezdomnego – tzw. menela czy żula. I mówić, że sam sobie jest winny…

Można się z tego wyrwać?

– Nic ich nie „wabi”, by zmienić życie. Wiedzą, że mają nikłe szanse na pracę, nie odzyskają mieszkania, rodziny.  Bezdomny nie ma nikogo, zaczyna więc rozmawiać z sufitem. Dlatego wielu nie podejmuje nawet próby.

Są tacy, którym się udaje?

–Nieliczni. Wczoraj dowiedziałem się o moim przyjacielu. Wiele lat temu był w schronisku. Później założył rodzinę, ma trójkę dzieci, kupił dom w Bieszczadach i teraz coś mu się załamało. Bezdomność zostaje w środku, mówi się o stygmatyzacji bezdomnością i coś w tym jest. To trochę tak jak po Auschwitz. Ludzie mieli traumatyczne doświadczenia. Były bezdomny, który ma rodzinę czuje, że łatwo może ją stracić, boi się że wróci na ulicę i czasami … te złe sny się spełniają

A jak jesteśmy na ulicy, to co jest najważniejsze?

– Przetrwanie, przeżycie jednego dnia. Instynkt samozachowawczy i wola przetrwania bywają bardzo silne.

Czyli nie jest ważne co będzie jutro, pojutrze. To jest życie, tu i teraz.

– Tak. Trzeba wstać, pozbierać jakieś puszki, by mieć pieniądze by przetrwać dzień.

Ile mają lat?

– Coraz mniej. Są tacy, zaraz po „18” i to jest już coś co ja nazywam „nową ulicą”.

Co to znaczy?

– Pamiętam bezdomnych sprzed 30 lat. To były osoby dojrzałe. Był wśród nich pewien system wartości. Na „nowej ulicy” tego nie ma. Jest to o tyle niebezpieczna, że ta „nowa ulica” jest zdolna do wszystkiego.

O jakich wartościach Pan mówi?

– Nie biję słabszego, nie okradam kolegi, szanuję tego, kto na ulicy żyje dłużej. Młodzi już tak nie myślą. Więcej jest za to patologii i uzależnień. Kiedyś był alkohol, teraz są narkotyki i środki psychoaktywne. One bardziej uzależniają. Popularna jest też ślepotka czy F-16 za 3,50 zł.

To denaturat?

– Nie, ślepotka to rodzaj rozpałki do grilla. Denaturat jest droższy. Tego typu specyfiki istniały zawsze, powodują niesamowite spustoszenia w organizmie. Gdy zaczynałem pracę podobnie pito różnego rodzaje wynalazki: autowidol, bączki czy wodę brzozową. Po przełomie ustrojowym doszły też nalewki i mocne piwa, które były stosunkowo tanie.

Jak długo żyją…

– Krótko. Na ulicy – 10, jak mają szczęście 15 lat. Średnio bezdomny przeżyje 20 lat mniej od rówieśnika. Umierają coraz młodsi.

W tych statystykach kobiet przybywa?

– Tu proporcje są dość stałe. Oczywiście mężczyzn jest więcej. To mniej więcej cztery do jednego. Ale co niepokojące, coraz częściej spotykamy młodsze kobiety.

Problemem jest brak miejsc w schroniskach czy noclegowaniach?

Tych miejsc nie można mnożyć. Mówi się o „turystyce bezdomnych”. Jeżdżą po kraju, przyjeżdżają do większych miast, bo tam jest lepsza opieka. Paradoksalnie, im więcej miejsc, tym więcej pojawi się bezdomnych.

Ile osób żyje na wrocławskich ulicach?

– Przyjmuje się zależność - jeżeli w schroniskach w ciągu doby mamy 800 osób, to 30-40 procent jest poza placówkami. Czyli we Wrocławiu 300 osób jest na ulicy.

Od 3 lat w mieście realizowany jest projekt ulicznej pracy czyli streetworkingu. Co robicie dla bezdomnych, namawiacie ich do przeprowadzki do schroniska, do rozpoczęcia terapii?

– Nie ma moralizatorstwa. Żeby poznać drugą osobę, trzeba ją oswoić, zbliżyć się do niej. To jest sens pracy ulicznej. W razie czego udzielamy wsparcia bezpośrednio w miejscu. Podstawowe narzędzie pracy streetworkerów, to rozmowa. Ważne jest wzajemne zaufanie, cierpliwość i wyczucie.

Parę razy byłem w noclegowniach czy ogrzewalniach i to nie jest przyjemny obrazek. Fetor potrafi odrzucić.

– Człowiek z natury śmierdzi.

Pomagając można się przyzwyczaić?

– Chirurg operuje i ma do czynienia z całą gamą zapachów strasznie nieprzyjemnych. Czy przez to, że czuje odór, przestaje się zajmować pacjentem? On dzięki tym zapachom rozpoznaje schorzenia. Żyjąc na ulicy jest się w bardzo trudnych warunkach. Wystarczy skaleczenie. Infekcje nie pachną. W domu możemy wziąć kąpiel. Bezdomny nie. Nie może się nawet przebrać z obawy, że nie otrzyma wystarczająco ciepłej odzieży, by przetrwać na mrozie.

Potrafimy pomagać dzieciom, seniorom, ale leżącemu na klatce schodowej już nie.

– Powiem tak. Idę z dzieckiem i widzę śpiącego na ławce. Mogę się odwrócić. Niestety tak robimy najczęściej, bo mamy swoje własne problemy lub zwyczajnie brakuje nam czasu. Ale gdy podejmę wysiłek, wytłumaczę dziecku, że warto się zatrzymać, bo mogło coś się stać, że możemy uratować czyjeś życie. Nauczymy dziecko pewnej wrażliwości. To ważne, bo być może ta wrażliwość pozostanie w nim na całe życie.

Wolimy raz w roku wrzucić pieniądze do puszki i uważamy, że już pomagamy.

– Najczęściej nawet tego nie robimy. Jak nie ma głośnej akcji, z fajerwerkami i mediami, to ukrywamy swoją aktywność w cieniu własnych spraw. A nie wystarczy współczuć dzieciom w szpitalach, bo to jest naturalny odruch empatii. Na osobę bezdomną trudno jest spojrzeć z czułością.

Rozmawiamy pół godziny i odebrał Pan sześć telefonów…

– Przepraszam, ale szukamy miejsca dla naszego podopiecznego, który ze szpitala został wypisany do… domu. Problem w tym, że on nie ma domu.

Rozmawiał Jarek Ratajczak.

Źródło: www.wroclaw.pl/zycie-na-ulicy