Listonosz św. Brata Alberta

Jeśli chcą Państwo być informowani o aktualnościach i wydarzeniach w placówkach św. Brata Alberta prowadzonych przez Koło Wrocławskie TPBA, to prosimy o wpisanie swojego adresu e-mail:

Historia sukcesu — Wiesław
Autorstwo / redakcja: Wiesław Pietrzak   
środa, 13 grudnia 2006 14:41

Zobacz historie innych bohaterów filmu Sie masz Wiktor: Waldemar, Andrzej.

Wiesiek PietrzakZwykle szczęście mnie w życiu nie omijało, lecz ja tego nie umiałem wykorzystać. W niepowodzeniu doszukiwałem się winnych, pomijając siebie. Coraz częściej uciekałem w alkohol. Trudności się powiększały, a nie malały. Podejmowałem terapię, ale byłem do tego nieprzygotowany - myślałem, że jakiś „ktoś” mnie wyleczy. Nie wiedziałem, że jest to myślenie błędne. Terapię kończyłem, nie piłem, lecz ignorowałem wszystkie ograniczenia z tego wynikające. Wytrzymywałem tak około półtora roku i zaczynałem pić. Po jakimś czasie podejmowałem drugą terapię. Pracowałem w swoim zawodzie kucharza nie myśląc, że jest to dla mnie zagrożenie. Utrzymywałem kontakt z AA do momentu, gdy kupiłem sobie piekarnię. Powróciłem do postępowania, jakie było po pierwszej terapii.

Poszedłem grać w ruletkę. Zacząłem bardzo dobrze. Mogłem kupić drugą piekarnię. Niestety zacząłem przegrywać i w końcu przegrałem wszystko, czyli piekarnię i dwa samochody dostawcze. Uległem wypadkowi samochodowemu. Zostałem wymeldowany. Rozwód. Zaczęła się nowa karta mojego życia.

Leżąc w szpitalu miałem obie nogi w gipsie. Gdy po ośmiu miesiącach miałem gips już tylko na jednej nodze i chodziłem o kulach, odwieziono mnie do Schroniska Brata Alberta.

Zacząłem poznawać nowe życie i nowych ludzi. Dla mnie było to obce. Nigdy nie byłem bezdomny. Chociaż ze swoim charakterem potrafię szybko przystosować się do istniejących warunków środowiska, to jednak w tej społeczności było mi nie tyle ciężko, co w jakiś sposób dziwnie. W chodzeniu nie miałem jeszcze praktyki, jednak zostałem otoczony opieką przez współmieszkańców i personel. We własnych oczach byłem kaleką nikomu niepotrzebnym. Całymi godzinami siedziałem na korytarzu. Czas upływał na rozmowach, graniu w szachy i obserwacji środowiska. Właśnie z tych rozmów i obserwacji wyłonił mi się prawdziwy obraz bezdomnego człowieka. Człowieka odrzuconego przez społeczeństwo, które źle pojmuje ten problem. Bezdomny bowiem jest zaszufladkowany jako: pijak, śmieciarz, złodziej, żebrak etc. A przecież w tym „zdrowym” społeczeństwie też są tacy ludzie.

Gdy w rozmowach z mieszkańcami wyrażałem swoje zdanie na temat bezdomności, odpowiadano mi, że ja tego nie znam – bezdomność dopiero przede mną, Nie bardzo w to wierzyłem. Wiedziałem, że ja nie umiem się znaleźć w tym środowisku. Chciałem żyć normalnie. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wiele trzeba w tym kierunku zdziałać. Został sporządzony wniosek o udzielenie mi mieszkania socjalnego. Wszystko było na dobrej drodze, lecz ja sam zacząłem sobie rzucać kłody pod nogi. Pewnego dnia zostałem aresztowany za niepłacenie alimentów. Po siedmiu tygodniach wróciłem. Byłem coraz bardziej sprawny chociaż jeszcze o kulach. Ponieważ lubię poezję i mam coś takiego w sobie, że także lubię pisać wiersze, więc wziąłem się za pisanie o problemie bezdomności. Szybko zostałem zauważony i pochwalony przez personel Schroniska. Byłem zaproszony na kolację wigilijną do radia „Łódź”.

Gdy otrzymałem zawiadomienie, abym się zgłosił po odszkodowanie za samochód, w którym miałem wypadek, zaczęła się moja gehenna. Nie powróciłem do Schroniska. Aż wreszcie znalazłem się we Wrocławiu. Już w tym czasie piłem alkohol. Pieniądze się skończyły. W takich to okolicznościach wszedłem któregoś dnia bezwiednie do kościoła „Bożego Ciała”. Spotkałem tam księdza, który mi wskazał drogę do Schroniska w Szczodrem. Dał mi na drogę 50 zł.

W Szczodrem dowiedziałem się, iż na miejscu jest instruktor terapii uzależnień. Zgłosiłem się sam. Byłem przekonany, że tylko ta droga jest dla mnie dobra. Poczułem ogromne pragnienie życia. Życia uczciwego, choćby skromnego. Od tego momentu już wiedziałem czego chcę. Chcę osiągnąć cel jaki sobie postawiłem. Chcę być trzeźwy. To cel najważniejszy. Po nim przyjdą następne. Nie miałem dokumentów. Z pomocą kierownictwa dokumenty otrzymałem. Jeździłem do Wrocławia na mityngi AA. Wiele razy z Psiego Pola wracałem pieszo. Nie czułem zimna ani deszczu. Ja uważałem, że to jest moja misja wobec Boga i siebie. Widziałem w oczach kierownika i terapeuty autentyczną radość. Powiedziałem: „chcę być waszym sukcesem”.

W poszukiwaniu czegoś innego, a właściwie siebie, przeniosłem się do Schroniska we Wrocławiu. Choć wydaje się to paradoksem, to jednak choroba kolegi, który był tam kucharzem, otworzyła mnie drogę ku lepszemu. Poproszono mnie o zastępstwo, ponieważ i ja jestem kucharzem. Wtedy postawiłem sobie następny cel, pozbyć się statusu bezdomnego. Dałem sobie na to dwa miesiące. Cel osiągnąłem w wyznaczonym czasie. Chociaż zamieszkałem na zewnątrz to dalej pracowałem w Schronisku. Do tej pory jestem stawiany jako wzór dla innych, którym coś się nie układa. Pomimo tego, że nie mieszkam w Schronisku dalej im wszystkim jestem bliski. Zrobiono odstępstwa od reguły i przyjęto mnie w poczet pracowników Schroniska. Mieszkańcy są ze mną zżyci, jedzenie im smakuje. Ja osobiście nadal uważam się za jednego z nich.

Wiesław Pietrzak

Redakcja tekstu Steffen Spandler