Listonosz św. Brata Alberta

Jeśli chcą Państwo być informowani o aktualnościach i wydarzeniach w placówkach św. Brata Alberta prowadzonych przez Koło Wrocławskie TPBA, to prosimy o wpisanie swojego adresu e-mail:

MojeOpinie.pl: Na jednym krawacie mogą powiesić się dwie osoby
czwartek, 09 czerwca 2011 11:04
Mój ManhatanMojeOpinie.pl: Do schroniska, prowadzonego przez Towarzystwo Pomocy im. św. brata Alberta we Wrocławiu, prowadzi droga bez chodników. Ulica biskupa Bernarda Bogedaina znajduje się w odległości dziesięciu minut od centrum, jadąc tramwajem, jednak jej okolice wyglądają tak, jakby były usytuowane na peryferiach miasta. Budynek powstał z biurowca firmy Elwro. Zimą, ze względu na kiepski stan dachu, trzeba go odśnieżać. Kuchnia schroniska jest połączona z jadalnią, dlatego w jadalni nie można budować dostawek, zwanych manhatanami. Byłoby to niezgodne z przepisami Sanepidu.

Manhatany stawia się zimą w schronisku w Szczodrem pod Wrocławiem, ponieważ tam kuchnia znajduje się w piwnicy, co Sanepidowi się podoba. W styczniu 2010 roku Darek, kierownik schroniska i reżyser, i Ela, reportażystka telewizji Trwam i ankieterka Pentoru, pojechali nakręcić newsa do Szczodrego. Schronisko było przepełnione (przebywało w nim ponad 200 osób, miejsc jest 96). Gdy zobaczyli budowę manhatanów, stwierdzili, że news to za mało. Postanowili zrobić o tym film; zima to dobra pora na kręcenie filmów o bezdomnych.

Ekipa nie jest z telewizji

W Szczodrym kręcone były tylko sceny stawiania manhatanów. Po pierwsze, mieszkańcy tamtego schroniska są wrogo nastawieni do kamer, i dopiero gdy Darek krzyknął, że on i jego ekipa nie są z telewizji, atmosfera się rozluźniła. Po drugie, bezdomni ze Szczodrego nigdy wcześniej nie występowali w filmie, natomiast mieszkańcy schroniska we Wrocławiu są z kamerą obyci. Od grudnia 2005 roku, czyli od rozpoczęcia działalności Cinema Albert Production, przy ul. Bogedaina 5 lub w okolicach schroniska powstało pięć filmów dokumentalnych, z których dwa, „Się masz Wiktor” i „Skopani”, zakwalifikowały się do udziału w Przeglądzie Filmów Fabularnych w Gdyni (ich bohaterowie pojechali wówczas nad morze, wspominają to do dziś).

Jeszcze wcześniej Beata Januchta, znana dokumentalistka, nakręciła „Żywot Michała”, w którym wystąpił tytułowy, nieżyjący już Michał (nie upłynął rok od premiery, gdy bohater zapił się na śmierć) i Darek, grający siebie, czyli kierownika schroniska. Do spotkania reżyserki i jej bohaterów doszło podczas przygotowywania wystawy zdjęć Darka w Domku Romańskim na pl. Nankiera. Beata podeszła do Darka i Michała, zapytała, co robią, a następnie spędziła z nimi półtora roku (choć napisy końcowe sugerują, że tego czasu było dwa razy więcej).

Jedno marzenie

Film opowiada o tym, jak Michał zamieszkał w schronisku, przestał pić, przeszedł terapię i znalazł pracę. I o tym, że miał jedno marzenie. Zobaczyć syna, którego zostawił, gdy chłopiec miał dwa lata. W tym celu wybrał się do Szwecji, gdzie mieszkał dorosły mężczyzna, którego była żona Michała nie nauczyła mówić po polsku. Michał wierzył, że syn znajdzie dla niego chwilę. Solidnie przygotował się do wyjazdu. Wraz z Darkiem kupił garnitur i wraz z nim wsiadł na prom. Zszedł z niego już bez złudzeń. W tym miejscu kończy się film.

Po powstaniu „Żywota Michała” Darek stwierdza, że pracownicy i mieszkańcy schroniska wykonali 75% całej pracy związanej z kręceniem filmu. A skoro tak, mogą filmy kręcić sami. Kierownik na kupno kamery pieniądze dostaje od rodziców. Sześć i pół tysiąca wystarcza też na komputer. W 2005 roku, przed Bożym Narodzeniem, we wrocławskiej Wyborczej ukazuje się tekst o bezdomnych, w którym Agnieszka Czajkowska pisze o filmowych planach Darka. Następnego dnia do schroniska dzwoni Ela, proponując pomoc. Dlaczego zadzwoniła pani do Darka? – pytam. Chciałam nauczyć się czegoś nowego – odpowiada Ela.

6 listopada 2010 roku w wypełnionej po brzegi sali NOT, która należy do kina Warszawa, choć się w nim nie mieści, odbywa się premiera „Mojego Manhatanu”, piątego filmu Zespołu Filmowego Cinema Albert Production. Nie wiem, czy każdy subskrybent newslettera, informującego o premierowym pokazie, czytając o tym wydarzeniu, poczuł, że musi poznać bohaterów i twórców filmu, ale w moim przypadku nastąpiła taka reakcja. W recenzji napisałam: „Mój Manhatan to film, który bez zbędnych ceregieli opowiada o bezdomnych i bezdomności. Zbędne ceregiele nie są potrzebne, ponieważ w filmie występują mieszkańcy schroniska. Montują łóżka albo na tych łóżkach leżą, mówiąc o swoim obecnym życiu i o zdarzeniach, które przyczyniły się do tego, że stali się bezdomni. Mój Manhatan to kilkanaście scen, z których trudno ułożyć jakąkolwiek opowieść. Nawet jeśli widz bardzo tego chce.

Chodź, zobaczysz, gdzie pracuję

Z tymi scenami wiąże się jednak wiele historii. Jedną z nich jest historia Darka, który siedemnaście lat wcześniej znalazł się w schronisku. Wrócił wtedy z Niemiec i nie szukał żadnego zajęcia. Pewnego dnia przyszedł do niego w odwiedziny kolega, powiedział Chodź, zobaczysz, gdzie pracuję. Darek zobaczył, z ciekawości wziął parę dyżurów, i został. Był rok 1993. Na początku to była umieralnia, hospicjum, schronisko i szpital w jednym. Podjeżdżała karetka czy policja, zostawiając na wpół żywą osobę. Teraz trochę się to ucywilizowało – mówi. Darek kręci filmy, żeby łamać stereotypy na temat bezdomnych i równocześnie opowiadać poruszające historie. Chcemy pokazać te historie w taki sposób, żeby to zostało w ludziach na długo po wyjściu z kina. Ci, którzy zobaczą film, czegoś się dowiedzą o tym problemie, może coś zrozumieją. Zobaczą, że bezdomność nie wygląda tylko tak jak na dworcu – dodaje.

Scenariusz „Mojego Manhatanu” powstaje z opowiadania „U brata Alberta”, autorstwa Darka. Tekst przerabia Leszek (górnik z zawodu), który ma być narratorem filmu, ale w międzyczasie koncepcja ulega zmianie. (Leszek dowiedział się, że ma zaj....ty głos od dźwiękowca z TVN z Krakowa - telewizja przyjechała do schroniska po premierze „Skopanych”). W trakcie kręcenia „Mojego Manhatanu” chodzi o kulach (ma problem z nogami), a musi dostać się na czwarte piętro łóżka, z którego wygłasza swoje kwestie. Nie podoba mu się scena z pytaniem „Krzysiu, a dlaczego się tu znalazłeś?” Dlaczego się tu znalazłeś? Ja na bezdomność bardzo długo i intensywnie pracowałem. Pracowałem na to, co mam, czyli na nic. W przeciągu roku przepiłem trzy mieszkania. Ogólnie przepiłem trzy czwarte życia. Odszedłem na tyle szybko, że syn nie musiał patrzeć na pijanego ojca – mówi.

Najbardziej podoba mu się scena patrzenia w okno, bo zawarta jest w niej cała bezdomność, czyli samotność i oczekiwanie. Leszek był szczęśliwy wtedy, gdy pracował jako terapeuta zajęciowy i szef stolarni w szpitalu odwykowym w Czarnym Borze, w którym wcześniej był pacjentem. Skończyło się to wtedy, gdy Leszek wrócił do picia. W schronisku znów ma stolarnię: To szczęście w nieszczęściu. Mogę robić to, co kocham. Głowa odpoczywa od tego, co ją męczy – stwierdza. Przyjaźni się z Renią, byłą żoną. Gdyby po siedmiu latach małżeństwa nie odszedł, byliby już 40 lat po ślubie. Czasem, gdy Renia po raz kolejny mówi: Leszek, ja z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy byłam z tobą, musi sprowadzać ją na ziemie: Jak bym był taki dobry, to by nie było rozwodu.

Przez przypadek

W scenie, która nie podoba się Leszkowi, gra Krzysztof (z zawodu: kierownik produkcji filmowej). Gdyby Krzysztof miał jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie, zadane w filmie, o to, dlaczego znalazł się w schronisku, uznałby, że znalazł się w nim przez przypadek. Taka odpowiedź nie pada jednak w filmie.

Gdy słucham Krzysztofa, odnoszę wrażenie, że wszystko, co mu się w życiu przytrafiło, zdarzyło się właśnie w taki, przypadkowy sposób. Jednym z ważniejszych przypadków było to, że rozszedł się z żoną, choć wcale tego nie chciał. Kolejny, równie znaczący przypadek: Krzysztof po tym, jak dostał awans w Warszawie, został bez pracy we Wrocławiu. Przypadkiem bezpośrednio powiązanym z bezdomnością było to, że Krzysztof przed powodzią w ’97 roku mieszkał z kobietą, którą kochał, a po powodzi nie tylko został sam, ale i bez zameldowania.

Gdy Krzysztof kręcił film za filmem, żona poczuła się Wrocławianką (choć pochodziła z Gdyni). Krzysztof pracował między innymi przy takich produkcjach jak „Nie ma mocnych”, „Szkoda twoich łez”, i „Szkatułka z Hong Kongu”. Gdy z ekipą Andrzeja Żuławskiego wyjechał do Mongolii kręcić „Na srebrnym globie”, schudł dwanaście kilo, bo nie lubi baraniny. Gdy pojawiła się propozycja pracy w Warszawie, żona za żadne skarby nie chciała się przeprowadzać, więc Krzysztof nie został kierownikiem zespołu filmowego Iluzjon. Żona nie mogła mieć dzieci, Krzysztof myślał, że adoptują syna albo córkę, a najlepiej dwoje na raz, ale dzieci nie adoptowali i się rozeszli (żona powtórnie wyszła za mąż. Mężczyzna, z którym się związała, miał już dziecko z poprzedniego związku. Był to chłopiec z zespołem Downa).

Po tym, jak Krzysztof został bez pracy, kupił samochód i sprzedawał pomidory na placu Grunwaldzkim. Zakochał się w Jadwidze, która miała mieszkanie o powierzchni 115 metrów kwadratowych, wobec czego sprzedał willę (na Mickiewicza), w której mieszkał wcześniej. Przed powodzią Jadwiga chciała, żeby kupił cztery bochenki chleba, ale Krzysztof kupił jeden, bo nie wierzył, że woda dotrze do mieszkań. Po powodzi rozstał się z Jadwigą, która wróciła do swojego kochanka (na Worcella). Został bez domu.

W schronisku Krzysztof znalazł się przez jeden skok, przypadkowy. Gdy mieszkał w altance, zorganizował ognisko. Skacząc przez nie, podpalił spodnie. Do szpitala trafił z ciężkimi poparzeniami. Spędził tam tydzień, później przewieziono go do schroniska, skąd personel za pierwszym razem odesłał karetkę, tłumacząc, że stan pacjenta jest zbyt ciężki na wypis. Za drugim razem karetka spod schroniska odjechała bez Krzysztofa.

W schronisku nie mówił o swojej przeszłości. Pewnego dnia zawołał go do pokoju Mirek, pracownik. Siedział przy komputerze przed otwartą stroną www.filmpolski.pl, zapytał, dlaczego Krzysztof nic nikomu nie powiedział. – Nie chciałem, żeby ludzie pomyśleli, że zmyślam – brzmiała odpowiedź.

To była niedziela, samo południe

Historia Krzysztofa jest jednak prawdopodobna, co zresztą można sprawdzić w internecie. O wiele mnie prawdopodobne wydaje się to, że ludzie przynoszą do schroniska krawaty. Antoni, który przez osiem lat odbierał je (oraz swetry, kurtki, garnitury, spodnie, kalesony, męskie rajstopy i majtki, koce i pościel) od darczyńców odpowiada w „Moim Manhatanie” na dość zasadnicze w tym kontekście pytanie, mianowicie: po co bezdomnym krawaty? Otóż na jednym takim krawacie mogą powiesić się dwie osoby.

Gdy spotykam się z Antonim (z zawodu pielęgniarzem) po raz pierwszy, nie jest w stanie nic z siebie wydusić. Widzę, że się stresuje, co stresuje też mnie. Dowiaduję się tylko tyle, że „Mój Manhatan” to film, który pokazuje człowieka zagubionego w swoim własnym świecie. Antoni tłumaczy swoją niedyspozycję. Odkąd potrącił go samochód, ma problemy z zebraniem się do kupy.

Antoni odszedł z domu na Piotra i Pawła. To była niedziela, samo południe. Miał sześćdziesiąt cztery lata, czyli dziesięć lat mniej niż teraz. Odszedł, żeby nie stracić męskiej godności. Później nie kontaktował się z żoną ani z dziećmi (czterema córkami i synem). Pił i spał, także na cmentarzach. Gdy nie miał pieniędzy, przechodził na dzielnicę bogatych:

- Dzień dobry, jak się spało? – pytał.

– Ja nie mam teraz czasu myśleć o żadnym jedzeniu – odpowiadał mężczyzna, wyprowadzając samochód z garażu. Po chwili dodawał: Masz 50 zł i nie zawracaj mi głowy. Za 50 zł można już sporo kupić.

W schronisku krawatów używał do wiązania materaców. Po pracy, a właściwie wolontariacie, bo za zajęcia w magazynie nie otrzymywał pieniędzy, lubił oglądać telewizję. Jednym ze współpracowników Antoniego był Michał, bohater filmu Beaty Januchty, ten, który zapił się na śmierć po powrocie ze Szwecji. Inni skończyli podobnie, tylko jeden rzucił się pod tramwaj.

O czym wy, kur.., mówicie

Nagłe odejście z domu to stale powracający motyw moich rozmów z bohaterami filmu „Mój Manhatan”. Pewnego dnia wyszedłem z domu i nie wróciłem – opowiada Waldek. – Dlaczego? – pytam.

– Chciałam się napić.

– Z domu się tak po prostu nie wychodzi i nie wraca.

– Powiem pani tak, to nudne: praca, dom, dzieci, przedszkole, praca.

- Co pan robił zamiast tego?

- Mogłem tam skubnąć, tu zarobić, kogoś napier...lić.

– Warto było?

– Przegrałem życie.

W „Moim Manhatanie” Waldek o przegranym życiu mówi w trakcie dyskusji odbywającej się na piętrowych łóżkach. Gdy mężczyźni opowiadają o swoich marzeniach: o tym, że chcieliby mieć własny dom i może kogoś, kto poda im na starość szklankę wody, Waldek sprowadza ich na ziemię: O czym wy, kur.., mówicie. Niezależnie od tego uważa, że jego życie to temat na bestseller; przydałby się tylko jakiś zdolny pisarz.

Waldek od ośmiu lat jest trzeźwy, przeszedł terapię, z terapeutów najbardziej ceni Andrzeja, który przeżył to samo, co on, i wie, że na nic zdają się kulturalne wykłady.

- Dlaczego przestał pan pić? – pytam.

- W pewnym momencie człowiek zdaje sobie sprawę, że już dosyć szmacenia się. Przed terapią Waldek, półprzytomny od dykty, pociął się i wyrwał sobie dwanaście zębów. W 1999 roku był w stanie agonalnym. Gdy chodzi, traci równowagę, bo ma problemy z błędnikiem. Zresztą cały układ nerwowy ma do wymiany. Do tego dochodzą bóle ręki, złamanej w łokciu. Nie widzi sensu życia, bo nie żyje, tylko egzystuje. W filmie niczego nie udawał, grał spontanicznie.

Miasto za to zapłaci

Wiele problemów ze zdrowiem ma i Andrzej (górnik z zawodu), który w „Moim Manhatanie” zapamiętale powtarza angielskie słówka. Gdy pracował w Mietkowie w wypożyczalni łodzi do starej rany dostała się miażdżyca, skóra zaczęła pękać. Andrzej nie miał ubezpieczenia, żaden lekarz nie chciał z nim rozmawiać. Gdy po wielu staraniach i krzykach (Wypier..laj pan stąd!) pracownik pogotowia ratunkowego zgodził się go zbadać, uznając, że miasto za to zapłaci. W otwartej ranie zrobiła się martwica, trzeba było amputować palce. Pomyślałam, że nigdy więcej piłki nie pokopię i nie będę mógł skopać ogródka –mówi. Andrzejowi amputowano następnie jedną nogę, a później drugą. Ponieważ na dwóch protezach nie da się chodzić, zaczął jeździć na wózku. Ma pięćdziesiąt cztery lata, wygląda na sześćdziesiąt kilka. Wystąpił w filmie, bo nie ma nic do ukrycia.

Andrzej uczy się angielskiego, ponieważ do kwietnia 2011 roku bierze udział w projekcie Dolnośląskiej Organizacji Turystycznej, skierowanym do osób niepełnosprawnych. Szukał dla siebie jakiegoś zajęcia, o kursie dowiedział się z gazety. Dzięki temu odbył już trzymiesięczny staż w Urzędzie Marszałkowskim i jako jedyny mieszkaniec schroniska posiada dostęp do Internetu i laptop. Podczas stażu pisał maile do urzędów gminy, pytając o dostępność lokali wyborczych dla niepełnosprawnych. Na 139 urzędów odpowiedziało 40, spośród których 29 uznało, że ich lokale są dostosowane. Oprócz angielskiego Andrzej poznaje historię regionu oraz geografię turystyczną Polski i Dolnego Śląska. Gdy zda końcowe egzaminy, będzie szukał pracy w branży turystycznej. Zwiedzaniem i wędrówkami interesuje się od dawna, choć nigdy nie zajmował się tym zawodowo (poza pracą w kopalni i w wypożyczalni łodzi był też monterem domofonów i sieci kablowych oraz konserwatorem na dworcu PKS). Mój dziadek zawsze powtarzał „Uśmiechnij się, jeszcze nigdy nie było tak źle, żeby nie mogło być gorzej” – mówi, wychodząc na papierosa.

Poza sceną uczenia się angielskiego Andrzej występuje także w scenie ciągnięcia (za pomocą linki) jednego wózka inwalidzkiego, poruszanego rękami, przez drugi, elektryczny wózek. Nie przygotowaliśmy wcześniej tej sceny – wyjaśnia Darek, kierownik i reżyser – tak właśnie było, my to tylko nakręciliśmy. Bajki – stwierdza na to Antoni – Widziała pani w rzeczywistości coś takiego?

© 2011 by Anna Wiatr — MojeOpinie.pl