Listonosz św. Brata Alberta

Jeśli chcą Państwo być informowani o aktualnościach i wydarzeniach w placówkach św. Brata Alberta prowadzonych przez Koło Wrocławskie TPBA, to prosimy o wpisanie swojego adresu e-mail:

Krótka historia o długim powstawaniu Cinema Albert Production
środa, 13 lipca 2011 17:54

Kiedy w 1997 roku w schronisku przy ul. Strzegomskiej zawiązał się Klub Interesującego Filmu, nie przypuszczaliśmy, że za niespełna osiem lat sami będziemy tworzyć swoje filmy o problemie bezdomności z udziałem naszych podopiecznych. Wtedy na Strzegomskiej powstał film dokumentalny zrealizowany przez redaktor Paulinę Sitko z TVP Wrocław o naszej inicjatywie pod tytułem „Cinema Albert”. Zdjęcia kręcone były w schroniskowej bibliotece oraz w nieistniejącym już kinie Studio, gdzie specjalnie dla nas wyświetlane były filmy na dużym ekranie, a repertuar był iście mocno problemowy, dobrze korespondujący z problemami naszych chłopaków. Wspomnę tutaj takie filmy jak „Zostawić Las Vegas”, „Moja lewa stopa”, „Nocny Cowboy”, „Święty z fortu Washington”, „Alive”, „Urodzony 4 lipca”, czy „Dzikie noce”. To były niesamowite uczty dla ducha, a jakie były dyskusje po projekcjach, jakie porównania siebie do bohaterów i licytacje swoich ogromnych problemów!

Pamiętam wypowiedzi Czesia i Michała, którzy uczestniczyli prawie we wszystkich pokazach. Były głębokie, przejmujące i posiadały dużą dawkę nadziei. Niestety losy kina Studio zostały szybko przesądzone i mimo naszych interwencji placówkę zlikwidowano, bo nie przynosiła dochodów. Została nam biblioteka stary telewizor i klimat naszych spotkań, rozmów, kłótni i nadziei, że jeszcze coś się wydarzy.

Czas leciał szybko, podopieczni z naszego schroniska pracowali ciężko przy budowie nowego schroniska na Tarnogaju — małej namiastki swojego domu. A problem bezdomności ciągle się pogłębiał i potrzeba było o wiele więcej miejsc. W placówce przy Strzegomskiej mieszkało nawet powyżej 240 osób przy 104 miejscach. Świadczyliśmy dziesiątki form pomocy, począwszy od ogrzewalni, noclegowni, hospicjum, pralni, odwszawialni, izby wytrzeźwień po schronisko, opiekę terapeutyczną, medyczną, duchową. Najeżdżają nas wszystkie media i pokazują tę trudną sytuację i nagłaśniają, więc pomoc wciąż napływa, a i zrozumienie dla problemu bezdomności rośnie.

Takim dowodem zrozumienia było powstanie pierwszej noclegowni we Wrocławiu wiosną 1999 roku. W rozklekotanej hali po hurtowni piwa. To był wielki sukces ale i praca do wykonania, bo trzeba było to miejsce adaptować, by wkrótce mogli tam zamieszkać we w miarę godnych warunkach podopieczni. Już po dwóch miesiącach noclegownia zostaje otwarta i poświęcona przez ks. bp. Józefa Pazdura. Wypełnia się po brzegi niemal natychmiast. Noclegownia to pierwszy etap pomocy osobom bezdomnym.

W tym samym roku w październiku mieszkańcy schroniska przy Strzegomskiej 9 zamykają za sobą drzwi i przeprowadzają się do nowowybudowanej przez siebie placówki na Tarnogaju przy ulicy Bp. Bogedaina 5. Był piękny, ciepły jesienny dzień. Z całej Polski przyjechało wielu gości, były władze Wrocławia, pracownicy, wolontariusze i sami domownicy. Schronisko zostało poświęcone przez ks. kard. Henryka Gulbinowicza, który życzył nam, aby wszystko co złe omijało nasz dom i żeby nigdy nie zabrakło w nim chleba.

Sto pięć osób zamieszkało w nowym, świeżym, pachnącym nadzieją schronisku.

W miesiąc później urodziła mi się córka Laura.

Przyszedł, a wcześniej się zapowiedział, nowy rok 2000. Klub Interesującego filmu działał nadal, ale chcieliśmy stworzyć coś nowego, pokazać nową piękną twarz osoby bezdomnej.

Ale tę piękną twarz tylko my pracownicy schroniska dostrzegaliśmy, na zewnątrz ta twarz miała zdecydowanie inne oblicze: brudne, zapijaczone, zdegradowane do granic wytrzymałości, opuchnięte z podkrążonymi łydkami, oplute i wyśmiane.

Trzeba to zmieniać — mówił wtedy Michał — tak jak my się zmieniamy, naprawiamy nasze życie i wychodzimy na prostą. Jestem szczęśliwy, że ta naprawa się udaje. Chciałbym jeszcze coś dobrego po sobie zostawić, by mój syn kiedyś, jak się dowie o mnie, polubił tatę i otworzył mu drzwi swojego domu.

Wiosną 2000 roku zaczęła powstawać wystawa fotograficzna ubrana w poezję o bezdomności. Jeden z wierszy napisał Michał, dwa dołożył Wiesiek i kilka wierszy napisałem ja. Zdjęcia do wystawy powstawały w latach 1999–2000. Uroczyste otwarcie wystawy pt. „Autoportret Bezdomności” nastąpiło w lipcu 2000 roku na klatce schodowej schroniska przy ul. Bogedaina 5 we Wrocławiu.

Miałem tylko jedno pragnienie — mówił Wiesiek podczas wernisażu. — Choć trochę najeść się chleba. To było największe marzenie, największa też potrzeba…

Na wystawie oprócz zdjęć z życia bezdomnych i ich portretów pojawiły się także fotografie ze sztuki „Stara kobieta wysiaduje” Tadeusza Różewicza, w której wzięli udział mieszkańcy schroniska św. Brata Alberta.

Rozumiem, dlaczego wystawę zrobiliście na schodach, a właściwie na klatce schodowej domu, bo życie bezdomnych zawsze wiedzie pod górę — powiedziała jedna z pań odwiedzających schronisko.

A Michał bardzo się cieszył, że o bezdomności zaczęto mówić i dostrzegać ją w lecie, a nie tylko zimą przy okazji kolejnych odmrożeń czy zamarznięć.

Wiesiek miał już swój dom i rodzinę od niedawna. Byliśmy na jego ślubie, och! co to był za ślub, pełna gala.

Gdy wydawałoby się, że pokaz fotografii ludzi bezdomnych będzie tylko jedną chwilką, nastąpiła niespodzianka. W kilka tygodni po wernisażu zadzwonił do mnie pan Jan Bortkiewicz, dyrektor Galerii „Domek Romański”, z propozycją przyjęcia naszych bezdomnych na fotografiach do siebie. Podpowiedział zwykłe sznurki do bielizny oraz klamerki. I w takiej dziwnej scenerii, rodem z klitki bezdomnego, prezentowana była wystawa „Autoportret Bezdomności”. I właśnie na sznurach zamiast ubrań znalazły się fotografie zniszczonych, zmęczonych życiem ludzi, w oczach których najczęściej można było zobaczyć rezygnację i brak jakiejkolwiek nadziei. Obok, na dużych kartkach, wydrukowane wiersze.

Jak to określił Józek: — Niektóre z nich zastanawiały, inne wciskały głęboko w glebę.

Ekspozycja w Domku Romańskim zawierała przeszło 150 czarnobiałych zdjęć w różnych formatach i trwała od 15 grudnia 2000 do końca stycznia 2001 roku.

Na wernisażu były tłumy ludzi, grał kwartet smyczkowy i była przepiękna wystawa chleba z piekarni pana Jakuba Kubiaka. Oczywiście całe pieczywo zostało zjedzone, a nad okruszkami poeta mógł się zastanowić twórczo.

Pod koniec roku 2000 napisaliśmy razem z Michałem taki oto wiersz:

Odchodzisz
w rozczłapanych bamboszach
w przyciasnym zawszawionym sweterku
z numerem na piersiach znikającym
spędziłeś trochę czasu z powiek

Więc zamknij za sobą drzwi

Mówię: — Michał skończ, bo brakuje mi już słów.

Na to Michał: — Niech inni nie marzną.

Trafił celnie.

To była szczególna wigilia, druga już w nowym domu.

Godzina Narodzin Pana nadchodzi,
na Ziemi wieczerza, opłatkiem łamanie
Do wszystkich domów święta noc przychodzi,
już słychać jej ciche nieśmiałe pukanie.

Po Wiesława ma przyjechać syn, ma go zabrać na całe święta, chłopina cieszy się jak dziecko, nie może się na niczym skupić. Ręce mu się trzęsą, ciśnienie skacze, podaje Józkowi niezdarnie bombkę, jest nieobecny, kolejna ozdóbka leci na podłogę.

Tomek idzie na wigilię do znajomych, wystrojony w śnieżnobiałą koszulę i lekko za duży garnitur. Zdobi go nienagannie zawiązany krawat. Muszę kupić jeszcze jakieś cacko — mówi — dzisiaj każdy coś dostanie. Spokojnych świąt, znika w drzwiach schroniska. Kazek wyjeżdża do siostry, może wróci na Nowy Rok. Składamy sobie życzenia. Parę łez, do zobaczenia w lepszych czasach. Stefan miał jechać do kolegi, ale boi się o swoją abstynencję, zostaje.

Waluś leci do swojej byłej na chwilę i zobaczyć synów, mówi, że zaraz wraca.

Cicha noc, święta noc,
wzruszenie zatyka mi gardło.
Samotność paraliżuje przy stole.

Matka zaściela biały obrus
i trochę sianka, tak pachnie.

Zostawia jedno miejsce wolne,
ktoś przyjdzie.

Po Wieśka syn nie przyjechał, dzwonił, że coś mu tam wypadło. Trzeba go było widzieć, jak odkładał słuchawkę.

Przyszedł nowy 2001 rok. Duży mróz, dużo ludzi, dużo ran. Grzesiek przebywa w schronisku od początku roku. Znalazł się tu przez alkohol i hazard. Noc po opuszczeniu szpitala spędził głodny na dworcu, nigdy tego nie zapomni.

Chcę wrócić do rodziny. Mam nadzieję, że mi się to uda. Chcę skończyć z nałogiem, który sprawił, że bała się mnie rodzina. Mam większą motywację niż koledzy, bo córki wypytują bez przerwy, gdzie jestem. Dam radę. Nie poddam się, podejmę wysiłek, by znów godnie żyć.

— O co robicie aferę? To był tylko bezdomny. Brudny, śmierdzący, pijany lump. Nie było podstaw, żeby go zabrać do szpitala.

— Nie wiem, czy pił alkohol, nie, nie wyczułem, pewnie dlatego, że bardzo śmierdział. Jak się pan czuje? Śmierdzę.

Kazka zabrali prosto z ulicy, lekarz go zbadał, a właściwie spytał tylko, jak się czuje. — Dobrze — odpowiedział Kazek i powieźli chłopinę do schroniska. Gdy strażnicy otwierali drzwi samochodu, bezdomny już nie żył.

Michał spieszy się na komputery, w coś sobie gra, no to niech gra.

Dzwoni telefon, pani redaktor z telewizji chce zrobić film o wystawie w Domku Romańskim.

Wystawa wisi tylko do końca stycznia? Tak słyszałam w radio.

Ile ta śmierć była warta? Czterdzieści siedem złotych — tyle wyniósł rachunek za umycie i dezynfekcję radiowozu.

Umawiamy się za dwa dni pod galerią. Michał, jak wróci z „kompów”, to się ucieszy.

Jest już późno, chłopaki krzątają się po swoich kątach, niektórzy dojadają resztki z kolacji. Na korytarzu wieczny ruch, stoi kilka łóżek, bo w pokojach można zapomnieć o miejscach. Gościa z poważnymi odmrożeniami przywieźli przed chwilą. Władek zmienia mu opatrunek. Kiepsko to wygląda. Był wożony do kilku szpitali i wszędzie „był zdrowy”.

— Bo bezdomny — mówi Józek.

Michał wraca po północy. Przyprowadził jednego pana, którego spotkał na dworcu. Trochę jest wyziębiony, ale — jak mawiają Indianie — daje radę. Pan nocuje na korytarzu na piętrze na materacu, bo łóżek już nie ma. Robimy mu herbatę i kromkę chleba z margaryną. Trochę witaminy C.

Michał idzie jeszcze do biblioteki — królestwa Tadzia, byłego dobrego boksera — na nocną bajerę o dzielnych Polakach. — Tylko nie palcie w bibliotece książek.

No pewno — rzuca. — Ja przecież nie palę.

W nocy jest cisza, taka dziwna cisza. W uszach szumi. Chłopaki chrapią. A dzień zapowiada się pracowicie. Na dworze lekki mróz i śnieg.

Oby do wiosny — zaciera dłonie Janek. — Ten cwancykatore spod 23 poleciał rano na berzę.

A taki chodził obolały! Dajcie mi chodzik — mówił. I już go nie ma.

W radio podają, że już 107 osób zmarło z wyziębienia.

A ty wiesz, Janek, że cwancykatore wrócił i trzeźwy.

Zdarza się najlepszym.

Tupiemy z Michałem mocno. Domek Romański jeszcze zamknięty, a telewizji też nie ma. Słońce powraca na niebo, ale mróz szczypie.

Chyba pojadę do Kalifornii jak Dustin Hoffman w „Nocnym kowboju” — mówi Michał.

No to jedź, tylko pamiętaj, że on tej drogi nie przeżył — mówię.

Michał się uśmiecha.

— Ale ja napiszę inny scenariusz, ja dojadę do celu.

Daj ci Boże. O już są!

— Dzień dobry, Beata Januchta, długo czekacie?

Wchodzimy do galerii. Jan Bortkiewicz wita nas i zaprasza do środka.

Ale tu ciepło. Michał ściąga kurtkę i rozciera zmarznięte dłonie.

Musimy pozdejmować kilka fotografii ze sznurków i ponownie pozawieszać je już przed kamerą. Opowiadamy o ludziach na zdjęciach. Lekki stres, ale idzie do przodu.

Czytam przed kamerą swój wiersz:

W cichym kąciku
zawsze stoi zaparzona herbata
w słoiku po korniszonach,
zakrętka z wycyckanym papierosem
i trochę dymu.

Podstrzyżone marzenia
w kartonie po bananach,
nóż posmarowany smalcem,
szepty głodnych insektów
i coś jeszcze.

Przypominam sobie mamę
i Dzieci z Bullerbyn,
książkę, którą czytała mi na dobranoc.

Michał opowiada o swoim życiu, że przez alkohol stracił wszystko, żona i jego mały synek wyjechali na stałe do Szwecji. Nie ma już nikogo. Zdjęcie Emila ląduje na podłodze. Emil to bardzo fajny staruszek. Jego syn gdzieś w ministrach siedzi.

Szybko mija czas. Jest już ciemno. Za tydzień będzie 13 minutowa emisja filmu o nas w telewizji na „piątce”.

Wracamy późno. Emil tej nocy umiera.

Wystawa zmienia nazwę, gdy schodzi z Domku Romańskiego, i brzmi: „Cały twój świat w kartonie po bananach”.

W Duszpasterstwie CODA-Maciejówka wystawa jest eksponowana na ścianie zbudowanej z ponad setki kartonów po bananach powiązanych sznurkami. Robi niesamowite wrażenie.

„Cały twój świat w kartonie po bananach” trafia też do Sanoka, Jeleniej Góry, Łodzi, trzykrotnie gości w Warszawie i jeszcze dwukrotnie we Wrocławiu.

Tymczasem po emisji telewizyjnej filmu „Wyobcowani” ponownie zgłasza się do schroniska Beata Januchta z propozycją nakręcenia dłuższego dokumentu o Michale. Zbliża się wiosna 2001 roku. Michał wyprowadza się ze schroniska do swojej znajomej w Obornikach Śląskich. Czasami nas odwiedza, cieszy się, że w lecie rozpoczną się zdjęcia.

Temat do filmu rzeczywiście jest niezły. Bo to on, Michał, doświadczył w życiu skrajnego upodlenia, alkohol sprawił, że żona odeszła od niego, zabierając dwuletniego wówczas synka Maćka. Wyjechała z dzieckiem do Szwecji, gdzie Michał ma ciotkę. Od czasu ich wyjazdu, wkrótce po stanie wojennym, Michał nie miał z nimi kontaktu. Ledwo pamięta syna, który teraz jest już dorosły. Z czasem Michał stracił pracę i dach nad głową. Mieszkał wtedy w altankach, na klatkach schodowych, w ruderach do rozbiórki. W końcu trafił do schroniska.

Pierwsze ujęcia do filmu rozpoczęły się latem. Ponieważ Michał nie mieszkał już w schronisku, dojeżdżał na plan zdjęciowy i grał mieszkańca placówki. Spał na parterze pod schodami. Zbierał złom butelki, makulaturę. Odwiedzał słynną nastawnię kolejową na nasypie kolejowym przy ul. Strzegomskiej, gdzie mieszkało kilku bezdomnych, między innymi Waluś, Miecio, długi Miecio, Bin Laden, Zdzichu i inni. Pili tam wyłącznie tanie wino i dyktę rozrobioną z coca-colą. Michał markował, że pije razem z nimi. Odwiedzał też cmentarz i przyglądał się opuszczonym grobom z tabliczkami „NN” i datą śmierci. Pracował w skupie złomu i odkładał zarobione pieniądze na wyjazd do Szwecji. Wyrobił sobie paszport. I na koniec pojechaliśmy kupować garnitur i prezenty dla syna. W schronisku odgrywaliśmy wiele scen, rozmawialiśmy o jego trudnych drogach. Pięknie z Michałem rozmawiał Bocian o jego rozterkach i przeżyciach związanych z ewentualnym spotkaniem z synem. Przed wyjazdem Piotrek, specjalista od fryzur, ładnie obciął Michałowi włosy i ostatnim etapem zdjęciowym był wyjazd do Szwecji.

W październiku 2002 roku pojechali, a potem popłynęli promem.

Jest olbrzymi sukces, Waluś złamał nogę na nastawni. Po zagipsowaniu na pogotowiu zabieramy go do schroniska. Teraz już nie uciekniesz. Może się uda. Jest już nasz…

A w życiu! Ucieka w piżamie. Mija tydzień. Waluś łamie rękę. Mamy go, kładziemy na korytarzu pod obrazem ze św. Bratem Albertem. Na pytanie, jak się czuje w czystej pościeli, odpowiada: — Świeżo. Może w końcu się poprawi, jak podopieczny Brata Alberta w dziewiętnastym wieku w krakowskiej ogrzewalni, nazywany przez współmieszkańców „Poprawką”. Człowiek z wielkim talentem aktorskim, naśladujący znakomicie wszelkie głosy i odgłosy. Robiący wyszukane figle nawet Bratu Albertowi. Ale nie tylko figle powstają w krakowskiej ogrzewalni. Idzie na całego teatr za sprawą Brata Alberta, są odgrywane sztuki. Mieszkańcy jednocześnie grają i tworzą dramat, obmyślają tylko z góry zarys akcji.

Piękny jest jeden kadr, gdzie dekoracje to tylko stół i flaszka wódki na nim. Tłum na widowni i jeden bohater, który wchodzi i przechodzi obok stołu. Istnieje, a raczej toczy się swoista terapia. Aktor krąży wokół stołu, długo stara się nie zauważać flaszki. Czas leci, w końcu chwyta butelkę i co robi? Zbliża ją do ust i gdy wydaje się, że skoczy jej do gardła, po chwili wielkiego napięcia rzuca ją o podłogę. Wiwaty i radość na sali. Piękna rola i człowiek, który w momencie zwątpienia pewnie przypomni sobie o tym niesamowitym zwycięstwie.

Przygnębia mnie myśl, że do tego spotkania nie dojdzie, że syn nawet nie spróbuje zrozumieć i wybaczyć ojcu zmarnowane dzieciństwo. Michał ma jednak wielką nadzieję, że Maciek zechce się z nim spotkać, tak jak on sam zdecydował się przed laty porozmawiać z własnym ojcem, który go porzucił.

Ze Szwecji docierają do mnie złe wiadomości. Syn nie otworzył drzwi ojcu.

W grudniu 2002 roku spotykam się w schronisku ze Zbyszkiem Figatem, dziennikarzem Słowa Polskiego. Zbyszek napisał kiedyś słuchowisko o trzech bezdomnych. Namawia mnie żeby wystawić sztukę o bezdomności z udziałem samych bezdomnych. Jest to dla mnie zbyt trudne, dlatego zostawiamy ten temat na później.

Oprowadzam Zbyszka po schronisku, na świetlicy tłumy w skupieniu oglądają skoki Adama. Potem w felietonie na łamach Słowa Polskiego tak wspomni o tych chwilach spędzonych wśród osób bezdomnych:

Są tutaj kibice narciarstwa klasycznego, którzy cudem uniknęli śmierci na mrozie. Wielu fatalnie wylądowało w życiu i teraz patrzą, jak ten nasz orzeł w srebrzystym stroju wyskakuje idealnie z progu i w pięknej paraboli lotu wznosi się, a potem — z maestrią powietrznego nawigatora — opada, zbliżając się do krytycznego punktu na ziemi.

Skoki Adama Małysza obserwują miliony Polaków, a wśród nich bezdomni mężczyźni w schronisku św. Brata Albert we Wrocławiu. Ze swych wież chłodu, głodu i chorób spoglądają na lądowisko ludzkiego losu. Jak przedskoczkowie, którzy w wielkich zawodach nie startują, ale oswajają mistrzów z wiatrem, mrozem i śniegiem. Nie otrzymują za to żadnych łącznych not. Ani za styl dawnego życia, ani za wyjście z progu w drugiej serii życiowych kataklizmów. Tutaj mają lekką przewagę nad groźną zimą, która pochłania coraz więcej ofiar. Takim jak oni pomagał niegdyś artysta malarz Adam Chmielowski, prekursor polskiego impresjonizmu. Dzisiaj pomaga Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta.

Zbyszek zostawił mi teatr do namysłu.

Czy pamiętasz ten dzień,
kiedy nienaturalnie zgasło słońce,
a księżyc upił się do nieprzytomności
i gwiazdy pospadały z wielkim kacem?

Czy pamiętasz ten dzień,
kiedy wiatr rozwiał twoje marzenia,
a deszcz wypłukał wszystkie myśli
i stanąłeś przy drzwiach domu,
którego dzisiaj nie było?

Przypominam sobie Misia — naszego niezapomnianego mieszkańca. Fajnie było kiedyś podczas wydawania kolacji: pełne skupienie, ludzie wpatrzeni w dwie głodne kromki chleba i zastygającą kaszankę, a tu nagle potężny hałas na korytarzu. Co to? Schronisko się wali!? Nie, to Misiu kroczy dumnie z przytwierdzoną na łańcuchu ciężką kulą żeliwną u nogi.

Jestem na galerach — mówi. — Tam, gdzie mnie sen złapie, tam śpię. Tam, gdzie nogę postawię, tam stoję. Gdzie spojrzę, to widzę. To się nazywa wolność. Jak ktoś mądry, to wie, że ja nie durny, a jak ktoś durny, to myśli, że ja niemądry. Piękna była scena w sztuce „Stara kobieta wysiaduje”, jak Misiu czesze swoją brodę i nie zważa, że reżyser krzyczy: — Już wystarczy.

Ale nikt nie rodzi się bezdomnym. Władkowi udało się. Gdy zaczął widzieć różne zjawy i nawet białe myszki, zrozumiał, że jest źle. Chciał jeszcze pożyć, dla córki. Powiedział dość mam takiego życia. Kolegów od kielonka i bidy, żebrania na dworcach, śmierdzących koszul i brudnych zaułków. Podjął terapię w Czarnym Borze, a później udzielał się na grupach AA.

Długo to trwało, ale się udało. Dostał po pięciu latach lokal do remontu i już jest na swoim.

Wódka? Smutny jest pogrzeb bezdomnego, za trumną nie idzie nikt.

W ostatnich dniach odbyłem kilka rozmów w sprawie pracy, niestety za stary już jestem, takich już nie potrzebują. Mając prawie pięćdziesiąt lat mogę liczyć tylko na pracę na czarno. Lekarz mi mówił, że kwalifikuję się na grupę inwalidzką.

Zbieraj pan papiery i rób pan badania.

Józek opowiadał, że przychodzą czasem do schroniska z ofertami pracy, ale większość szuka do niewolniczych prac, na fermach bądź ubojniach — po 20 godzin dziennie. Płacą przeważnie alkoholem, bo na człowieku z poczuciem winy lepiej pojechać.

Ale są też uczciwi — dodaje Stefan. — Pracowałem kiedyś na budowie, nie dosyć, że dobrą kasę dawali, to szefowa częstowała jeszcze obiadem.

A niektórzy to sami są sobie winni — dopowiadał Marian. — Pobierali zaliczki i już ich więcej nie zobaczyłeś.

— A mi podobało się takie życie — skomentował Marcel. — Bez pracy, nie miałem żadnych obowiązków, żadnego wstawania na czas, a kiedy już wstawałem to szedłem pić, nie miałem żadnej odpowiedzialności, żadnych opłat, świat się kręcił!

Bocian tak wspominał to, co już od dawna jest za nim:

Miałem kiedyś dom, pracę, kobietę i dziecko. Żyło mi się dobrze, bo byłem wałbrzyskim górnikiem. Na skutek przemian ustrojowo-gospodarczych mój zakład i całe wałbrzyskie zagłębie zostało zlikwidowane z dnia na dzień. Dostałem odprawę pieniężną, która owszem była duża, ale rozeszła się na potrzeby domowe i przyjemności, bo było dużo, dużo wolnego czasu. Po kilku latach okazało się, że konto się kończy, trzeba coś zarobić. W najbliższej okolicy nie było szans, a to z tego powodu, że w podobnej jak ja sytuacji znalazły się tysiące bezrobotnych górników. W domu zaczęły się zgrzyty i niesnaski. Postanowiłem poszukać pracy gdzieś dalej. I tak znalazłem się we Wrocławiu. Tu pracy było dużo, ale wszystko na „czarno” — bez umów i ubezpieczenia.

Po paru latach tułaczki po różnych pracach i kwaterach pojawiły się kłopoty ze zdrowiem. Bagatelizowałem je, żeby nie stracić pracy i dochodów. Kiedy ból nie pozwolił pracować, a lekarze odmawiali pomocy nieubezpieczonemu, za namową znajomej trafiłem do pogotowia ratunkowego, a później do szpitala. Po wielu zabiegach lekarskich amputowano mi nogę. Pod kolanem. Bez oszczędności, bo opłaciłem nimi szpital, niesprawny, bez dochodu, zdecydowałem się na schronisko. Nie chciałem obciążać sobą rodziny, która „cienko przędła”.

Michała spotykam 10 czerwca 2004 roku przed wyjazdem nad morze. Stał na przystanku tramwajowym przy dworcu PKS. Jest brudny, od kilku dni się nie golił i sprawiał wrażenie, jakby kogoś szukał. I okazało się, że szukał pracy. Powiedziałem mu, żeby pojechał do schroniska, tam „gościu” szuka ludzi do układania kostki brukowej na jakimś placu. Odpowiedział, że bardzo chętnie pojedzie, bo chce zarobić trochę grosza i jeszcze raz chciałby pojechać do syna. Może tym razem uda mu się z nim skontaktować.

Twarz mu się rozjaśniła, uśmiechnął się.

— A ty co porabiasz? — spytał.

W nocy jadę nad morze.

— Ale masz fajnie, a jak mi dobrze pójdzie, to we wrześniu chciałbym pojechać do Szwecji, tylko na dłużej. Tym razem będzie lepiej.

Pożegnaliśmy się serdecznie. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że widzimy się po raz ostatni. Michał zrobił tak, jak opowiadał na filmie, swoim filmie. Kupił piątkę dykty, w schronisku się pojawił, ale nie za pracą, pożyczył pieniądze. Część dykty wypił z chłopakami na nastawni, resztę dokończył samotnie na ogródkach działkowych. Jak sam mawiał — „poszedł ostro po bandzie”.

Zmarł 16 czerwca 2004 roku. Został znaleziony 23 czerwca w dzień ojca. Pochowaliśmy go 7 lipca, trzy dni po jego pięćdziesiątych urodzinach. W klubie Interesującego filmu oglądał „Urodzonego 4 lipca”. Mówił kiedyś, że to ten obraz powinien zdobyć Oskara za rolę męską, a nie „Moja lewa stopa”.

Odjechał już pociąg, zostałeś sam na rozpłakanym peronie, wciśnięty w przyciasny fotelik.

Oczyszczono zdeptane posadzki, wyrzucono brudne papierki i reklamówkę, wszystko co miałeś. Bilety do … wysprzedano. Kłaniałeś się po pas i zupa pomału wystygła. Czy ktoś o Tobie zapomniał? Na próżno wyrywałeś się z uścisku nocy. I wtedy zupełnie niechcący skoczyłeś butelce do gardła.

Tadeusz trafił do nas jeszcze na ul. Strzegomską. Były bokser, który zaczynał swoją przygodę ze sportem w Belgii. Jak opowiadał, największą zabawą w belgijskiej szkole było bicie obcokrajowców. Najpierw bili Francuzów, później Algierczyków, potem Polaków. Tak mu to weszło w krew, że zaczął trenować boks. Po powrocie do Polski został zawodnikiem Polonii Świdnica. We Wrocławiu był młodszym trenerem Gwardii.

Kiedy skończył karierę sportową, pracował dorywczo w gospodarstwach rolnych i fabrykach. Zaczął w tym czasie popijać. Pewnego dnia na początku 1992 roku próbował się otruć, uratował go kolega, który przyszedł w odwiedziny. I wtedy po pobycie w szpitalu trafił do schroniska. Lubił dużo czytać, pisać i opowiadać różne historie i anegdotki.

Dostał wkrótce propozycję prowadzenia schroniskowej biblioteki, którą potem zajmował się przez wiele lat z wielką sumiennością i pełnym oddaniem. Ta sama biblioteka służyła nam jako salka kinowa Klubu Interesującego Filmu.

Pod koniec 2004 roku zacząłem intensywnie myśleć o filmowaniu życia schroniska, tysiące nieruchomych zdjęć już mi nie wystarczały. Co prawda „podkręcałem” trochę, bo opiekun Mirek, wielki pasjonat gór i pieszych wycieczek, pożyczał mi analogową kamerę, która miała jemu służyć do obrazowania gór i wszelkiej natury. Także nasz opiekun Jacek i jednocześnie wielki pasjonat informatyki dorobił się analogówki, więc szły zdjęcia z różnych uroczystości schroniskowych, odwiedzin czy rocznic. Niekiedy materiał skręcony był mało warty, trzęsący lub tracący ostrość. Ale radość była ogromna, kiedy oglądaliśmy te nasze obrazki i wygłupy do kamery. Spoglądaliśmy na twarze naszych bezdomnych, którzy odeszli, a na ekranie tryskali życiem i radością, i smutkiem. Mówili: — Za chwilę taśma się zerwie, silnik się spali, coś się stopi. Nic takiego się nie wydarzyło.

Ale tęsknię za tamtymi chwilami.

Zima 2004 roku oszczędza nas, co prawda jest ponad 120 osób, ale nie ma osób z odmrożeniami czy innymi ciężkimi chorobami. Nie ma dużych spięć i stresów.

Jest za dobrze, aż się trochę boimy. Jak mawiał Janek: — Zima będzie albo jej nie będzie, oby wiosna przyszła wkrótce, to i kosiarkę na pole wypędzę.

Zdzichu planuje mały wypad do brata, który mieszka w górach: — Tam przynajmniej poczuję świeżość, a i paueru wiele łyknę.

Dzidek za młodu jeździł po kurortach, zjeżdżał na nartach, żonę nauczył porządnie szusować, wychował dzieci, lubił czytać poezję, nawet chodził do teatru i koncerty. I nagle coś w nim zgasło, coś się zamknęło i spadło na samo dno. Nie lubi o tym opowiadać. Tylko tak albo nie.

Widziałem cały twój świat
w kartonie po bananach,
w skacowanym płaszczu mroku,
w słońcu świecącym zawsze od dołu.

Zniechęcony, przygnieciony i zawalony.
Wyhaftowany bogatą rozpaczą.

Widziałem cały twój świat
w przystojnym krawacie na materacu,
krawacie, który kiedyś pasował do garnituru w kratkę.
Na niedzielę.

No i wiosna 2005 roku. Siedzimy z Jackiem w pokoju socjalnym i redagujemy pismo do ewentualnych sponsorów z prośbą o kamerę, bo zamierzamy nakręcić film o trzech bezdomnych, którzy próbują coś w swoim życiu zmienić. Pocimy się i męczymy, ale w końcu się udaje. Pismo gotowe. Jesteśmy pełni wiary, że wkrótce ktoś nas mile zaskoczy.
I wysyłamy. Mijają dni, tygodnie. Przychodzą trzy odpowiedzi, że owszem dobra idea, ale czy żeby upiec chleb, trzeba od razu kupować całą piekarnię? No to już po naszym filmie.

Myślę o pomyśle Zbyszka Figata. To chyba teatr. Nie, to za trudne, zwłaszcza z naszymi aktorami, mogą zapominać kwestii. A jak przed premierą pójdzie ktoś pić… To trzeba ze dwa, trzy garnitury aktorskie przygotowywać. Nie, na razie jeszcze pomyślę. Teatr? Za trudny.

Za chwilę lato, a my nic. Układam sobie w głowie historię: Trzech bezdomnych z pustostanów. Czas akcji, trzy dni przed Bożym Narodzeniem. Wigilia w opuszczonej wiacie. A potem w stronę światła przy gęsto padającym śniegu. Chłopaki będą mówić swoimi dialogami. Nad nimi będą czuwać postacie z bajek. No ma to sens.

Dzień u Walusia zaczyna się pobudką około godziny 5:00. Najpierw jest papieros, kawa i rozmowy z kolegami z pokoju na luźne tematy. Później śniadanie, a po nim wyprawa w teren. — Zajmuję się zbieractwem złomu, makulatury, wszystkiego co da się spieniężyć, bo nie mam ani renty ani zasiłku. Do stałej pracy się nie nadaję, bo zniszczyłem zdrowie na własne życzenie. Po rozstaniu z żoną zacząłem pić alkohol, ten najtańszy — denaturat. Nazywamy go „Dunią”. W konsekwencji mój mózg i błędnik już nie funkcjonują prawidłowo. Tego nie można pić bezkarnie. Alkohol taki pozostawia ślady w organizmie, upośledza fizycznie i umysłowo. Ale dość o tym! Po uzbieraniu odpowiedniej ilości surowców wtórnych jadę do skupu. Cieszę się z każdej ciężko zarobionej złotówki i mam satysfakcję, że nie muszę do nikogo wyciągać ręki i być na łasce innych. Cieszę się, że zarabiam uczciwie, a nie bawię się w złodziejstwo. Po „rundzie” w rejonie wracam do Schroniska na obiad, bo żołądek ma swoje prawa. Uregulowany tryb życia jest dla mnie błogosławieństwem. Po obiedzie drzemka, później sortowanie zdobytego towaru pod kątem, co do którego skupu zawieźć. Dniówka bez zarobku to dniówka stracona. Czasami chodzą mi po głowie myśli o piciu. Ale się nie poddaję złym podszeptom i chcę wytrwać w trzeźwości. Nie chcę znów „popłynąć”, bo zawsze to się dla mnie źle kończy — gipsem ręki lub nogi. A teraz, gdybym znów „popłynął z falami Dunaju”, mógłbym nie przeżyć. Wiem, że do końca życia będę alkoholikiem, ale postanowiłem być trzeźwy.

W końcu zwracam się o pomoc do Rodziców. Babcia odkładała Laurze na studia. Laura ma już sześć lat. — No dobrze, kupcie dziecku komputer, a jak coś zostanie, to kup tę kamerę.

Mało zostaje, dokłada Dziadek. Jestem cały radosny. Niewyobrażalnie radosny.

Jesień, chciałbym napisać, że złota, a tu pada i pada, słońce próbuje siłować się z chmurami, ale jest tak bezsilne, jak ja miesiąc temu. Kurczę, może by napisać jakiś wiersz o miłości albo o nieszczęśliwej miłości, eee tam, pozmywam najpierw gary.

W listopadzie dzwonię do Pani red. Agnieszki Czajkowskiej o naszej inicjatywie, że wkrótce zaczynamy kręcić film o bezdomności. Opowiadam po kolei, co ma się wydarzyć, kto ma grać w filmie, jaki mamy budżet. Budżetu wcale nie mamy. Pani Agnieszka jest zainteresowana, ale ewentualna decyzja o napisaniu o tym projekcie musi zapaść na górze.

Mówi, że się odezwie i wtedy umówimy się na spotkanie i rozmowy ze mną i aktorami.

Jest duża szansa bo pomysł jest oryginalny i chyba nikt tym jeszcze się nie zajmował.

Cieszę się. Na dworze ciągle pada.

Wiesława szczęście w życiu nie omijało, lecz on tego nie umiał wykorzystać.
W niepowodzeniu doszukiwał się winnych, pomijając siebie. Coraz częściej uciekał w alkohol. Trudności się powiększały, a nie malały. Podejmował terapię, ale był do tego nieprzygotowany — myślał, że jakiś „ktoś” go wyleczy. Nie wiedział, że jest to myślenie błędne. Terapię kończył, nie pił, lecz ignorował wszystkie ograniczenia z tego wynikające. Wytrzymał tak około półtora roku i zaczynał pić od nowa. Po jakimś czasie podejmował drugą terapię. Pracował w swoim zawodzie kucharza nie myśląc, że jest to dla niego zagrożenie. Utrzymywał kontakt z AA do momentu, gdy kupił sobie piekarnię. Powrócił do postępowania, jakie było po pierwszej terapii. Poszedł grać w ruletkę. Zaczął bardzo dobrze. Mógł kupić drugą piekarnię. Niestety zaczął przegrywać i w końcu przegrał wszystko, czyli piekarnię i dwa samochody dostawcze. Potem Uległ wypadkowi samochodowemu. Został wymeldowany. Rozwód. Zaczęła się nowa karta jego życia. Trafił do schroniska.

No nareszcie słońce, ale piękna pogoda, aż chce się żyć. Liście spadają leniwie na ziemię.

Jest pięknie. Janek wyprowadza swoją kosiarkę po raz ostatni przed zimą. Prosi, żeby chłopaki pograbili liście przed koszeniem trawników. A chętni są i garną się do pracy.

Leszek robi nowe krzyże dla naszych zmarłych mieszkańców. Jest przy nim Tadek, nasz bibliotekarz. — Fajnie tak posiedzieć, wypić kawę i popatrzyć jak robisz — mówi.

Ale od tego patrzenia to chleba naszego albertowego nie będzie — odpowiada Leszek.

Dobrą kawę parzysz — chwali Tadek.

— Taaak, mała czarna z Biedronki. Ale smakuje jak hicior — odpowiada Leszek.

A powiedz, Lechu, zrobisz dla mnie taki piękny krzyż?

A co już się tam wybierasz?

— Nie.

— To zrób sobie sam.

— Och, ta jesień! Taka jesień to mogłaby trwać i trwać.

— Oj, nie zawracaj mi gitary! Chcesz, to zrobię ci jeszcze jedną kawę!

— Jak przeczytam książkę, tak nad ranem, to cię poproszę.

12 grudnia 2005 roku przychodzę do pracy przed ósmą. Opiekun Marek mówi, że było kilka telefonów do mnie. Kto to może być?

Za chwilę się dowiesz. To jakaś kobieta. Mówiła, że będzie dzwonić.

Telefon dzwoni, podnoszę słuchawkę. — Słucham

— Czy pan Dariusz Dobrowolski?

— Tak, słucham panią.

— Dzwonię w sprawie artykułu, który ukazał się dzisiaj w Gazecie Wyborczej na pierwszej stronie. Moje nazwisko Kowalczyk.

— Jakiego artykułu?

— No w sprawie kręcenia filmu przez bezdomnych. Chciałabym pomóc, mam kamerę, doświadczenie, umiem montować. Czy moglibyśmy się dzisiaj spotkać i porozmawiać?

Myślę. Pani redaktor mówiła, że artykuł ukaże się przed świętami Bożego Narodzenia. A już się ukazał. Mówię niepewnym głosem:

Możemy się spotkać około dwunastej.

— Tak, bardzo chętnie. Ja przyjadę z kolegą.

— Zapraszam i czekam. Do zobaczenia w południe.

Nie mogę zebrać myśli. Kto to może być? Dlaczego ten artykuł tak szybko wystartował?…

Poczekamy, zobaczymy. Jestem mimo wszystko dobrej myśli.

Punktualnie w samo południe w drzwiach schroniska pojawia się Ela Kowalczyk i Jacek Majewski. Pierwsze moje wrażenie jest nijakie. No, ale kto ocenia człowieka po pierwszym wrażeniu? Żeby spokojnie porozmawiać, udajemy się do jednego z magazynów, który adoptujemy pod przyszłą stolarnię, pomieszczenie to ma być planem zdjęciowym opuszczonego magazynu-wiaty, gdzie chronią się trzej bezdomni bohaterowie i spędzają tam kilka dni. Tam też ma powstawać kulminacyjna scena filmu, czyli przygotowanie do wigilii oraz sama wieczerza. W tym miejscu przerabialiśmy zdjęcia próbne z Walusiem, Wieśkiem i Bocianem. Wiata robi wrażenie opuszczonej, jest w niej dużo wszelkich gratów, panuje nieopisany rozgardiasz, stoi nawet zabytkowa prycza, która będzie służyła do filmu. I parę rozklekotanych walizek. To wszystko robi naprawdę dobre wrażenie.

Poznajemy się. Ela ma spore doświadczenie w dziedzinie filmu, bo pracuje dla Telewizji Trwam przygotowując newsy oraz materiały dokumentalne. Jacek robi wiadomości o mieście. Obydwoje obeznani z kamerą. No to nieźle. Mówię, że też posiadam kamerę, to mogę robić przebitki i materiały pomocnicze. Są mocno zdziwieni, że tylko oni się zgłosili. Nie było innych propozycji. Teraz wypada tylko ustalić czas i miejsce pierwszego klapsu. Okres jest trudny, bo idą święta. Ale udaje się. Umawiamy się 21 grudnia po 18:00 na dziesiątym piętrze jednego z budynków na Hubach.

— Życie, jakie mam, mam na własne życzenie, nikogo nie obwiniam. Pracowałem tylko, jak siedziałem w pudle. Pod wpływem alkoholu stawałem się szaleńcem. Wplątałem się w hazard. Dużo lat spędziłem w zakładzie karnym, właściwie w kilku.

Wyszedłem w 2001 roku. W schronisku jestem od czerwca 2005 roku. Zbudowałem sobie w życiu jakby ogromny mur. Ale pomału go przebijam, pomału mur pęka, przechodzę na drugą stronę. Odnawiam swoje kontakty z rodziną, która mieszka w Niemczech. Życie jest twarde jak indiańskie czoło. Każdy może się znaleźć bez dachu nad głową. Nie ma co narzekać. Trzeba przyjąć życie, jakie jest, i coś z tym zrobić. Na pewno z każdej sytuacji jest wyjście.

Dla wielu bezdomny to pies bezpański,
to jest pół-człowiek, to naznaczony,
to ktoś bez uczuć, na krzywdę nieczuły,
to ktoś do kopania, to materac zawszawiony.

Lecz nie wie o tym ktoś, kto nie był głodny,
ktoś, kto kimś lepszym się czuje,
że jego spojrzenie może mieć zeza.
Czy wie, jak na kolację słona łza smakuje?

Czy wie, jak smakuje kawałek kiełbasy?
Te dziesięć deko, zaczynane po raz trzeci,
do tego chleb czerstwy, ktoś ptakom go rzucił,
i jabłko nadgryzione wyrzuciły dzieci.

Czy wie, jak grzeje stara kurtka
z kawałkiem serca podarowana?
Dał mi ją biedak, bo on miał dwie,
dzisiaj dziurawa i wyświechtana.

Dlaczego opluwasz mnie swoim spojrzeniem?
Dlaczego uparcie szukasz zwady?
Pamiętaj, fortuna kapryśną jest.
A w moim świecie nie dasz sobie rady.

Nadchodzi pierwsza godzina spotkania. Przygotowujemy się od południa. Bohaterowie szykują stroje, robimy kawę, kanapki. Sprawdzamy sprzęt i mocno się denerwujemy.

Co to będzie?… Ela i Jacek mają przyjechać po siedemnastej i na dwa samochody pojedziemy na blok zdjęciowy. Mamy opóźnienie, ze schroniska wyruszamy grubo po osiemnastej, ale i tak humory nam dopisują. Klatka schodowa, winda i na dziesiąte piętro.

W tej scenie mają zagrać tylko Waluś i Bocian, ale jest z nami i Wiesiu. To on rozkłada postrzępiony koc, na którym za chwilę legną główni artyści.

Robimy trochę gwaru i za chwilę przylatuje starsza pani z kijem w dłoni.

A co to za libacje?! Wstydu nie macie! Ooo! I kobieta jest! Po co wam ten koc, co będziecie tu robić? Dzwonię po policję.

— Niech się pani nie martwi, my z policji — żartuje Jacek. — Będziemy kręcić film poglądowy.

A to przepraszam, to państwo filmowcy. To ja pobiegnę po jakieś kanapki, a może kawę.

— Dziękujemy, bardzo dziękujemy, my wszystko mamy, możemy jeszcze panią poczęstować.

— No to ja bardzo przepraszam, nie będę przeszkadzać.

Kamery rozstawione, mikrofony też, zapalimy świeczkę i gramy.

Kaaamera! Poszła…

Waluś, śpisz czy nie śpisz?

— Śpię.

— To wstawaj i daj coś zajarać, albo zrób turlaka, albo daj coś zajarać.

— Turlaka to ja ci nie zrobię, bo jest za ciemno, kolego.

— Daj po calaku. Słuchaj, Waluś! Słyszałeś, co jest z Michałem?

— Michał już odszedł.

— Gdzie odszedł?

— Słyszałem, jak mówili, że poszedł w Polskę.

— To mówisz, że Michał już odszedł. Moje pieniądze poszły z nim. Był mi winny.

Pieniędzy z sobą nie zabrał.

— To już jest ósmy albo dziewiąty, który przekręcił mnie i poszedł do piachu. Mnie się tak wydaje, że najszybciej umierają dłużnicy.

Pierwsze zdania na zadany temat były po prostu świetne. Plan zdjęciowy poleciał w trzy godziny. To był dobry czas dla nas wszystkich. Z pewnością coś dobrego mogliśmy dokonać.

Dzień przed Wigilią 2005 roku dostajemy informacje od kompana Leszka, że jest z nim bardzo niedobrze. Leszek trwa w tej matni alkoholowej od jedenastu miesięcy. W murowanej, opuszczonej altanie walka trwa i przewleka się niebezpiecznie. Bohater obserwuje przez dno butelki zniekształcony obraz samego siebie. Przygląda się zawartości, może jeszcze jeden łyczek, odkręca zakrętkę. No przecież tak niewiele zostało. Zbliża szyjkę flaszki do ust.

No prędzej, daj się uwieść, nie bądź miękki, nie zastanawiaj się, działaj, no zrób to do cholery, jestem twoją przyjaciółką, a nawet kochanką. Weź mnie w ramiona, tak jak jaaa cię biorę. Będę z tobą zawsze, ze mną poczujesz co znaczy… Już jestem.

Leszek ciska butelkę o ścianę. Zabieramy go dzisiaj do domu na święta.

W trzy lata później na planie filmu „Skopani” podczas odgrywania trudnej sceny skatowanego bezdomnego, łapie go chwila zwątpienia i mówi — Mogłem na tej działce całkiem spokojnie sobie umrzeć.

* * *

21 grudnia 2005 roku powstał zespół filmowy działający na rzecz Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta — Koło Wrocławskie i przyjął nazwę Cinema Albert Production. W 2006 roku wyprodukowaliśmy dwa filmy „Sie masz Wiktor” i „Pielgrzym”. W 2007 roku stworzyliśmy kilka materiałów obrazujących życie osób bezdomnych. Nasz obraz pt: „Sie masz Wiktor” zakwalifikował się na 32 Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni — Kino Niezależne. W 2008 roku powstał kolejny film — „Skopani”- pokazany w 2009 r. na 34 FPFF w Gdyni.

W 2010 „Mój Manhattan”. Rok później „Opowieść o Kaziku”.

Bardzo widoczny wpływ terapeutyczny jaki wywierają nasze produkcje na mieszkańców schronisk oraz zainteresowanie publiczności i mediów motywują nas do dalszych działań. Nasza idea tworzenia filmów przez osoby bezdomne jest niespotykana w świecie.

Idea projektu

Terapia filmem ma tak długą historię jak sam film, choć rzadko podkreśla się ten walor. Łagodzi obyczaje, podnosi nastrój, wysubtelnia. Ludzie obcujący z pięknem są mniej skorzy do stosowania przemocy, zachowań destrukcyjnych, stają się bardziej pomysłowi i twórczy. Wiadomym jest, że obcując z dobrym filmem, muzyką czy pięknem przyrody człowiek po prostu staje się lepszy.

Mieszkańcy schronisk uczestniczą w tworzeniu każdego z filmów. Zajmują się budowaniem scenografii, charakteryzacją, tworzeniem kostiumów, przygotowywaniem posiłków na planie filmowym oraz samą grą aktorską. Wszystko to wpływa na nich w taki sposób, że w efekcie gotowi są wziąć większą odpowiedzialność za swoje życie. Osoba poraniona chorobą alkoholową (alkoholizm jest głównym problemem naszych mieszkańców) zaczyna odkrywać podstawowe wartości, które poprzednio lekceważyła, niszczyła w sobie. Wcielając się w różne role aktorskie ma możliwość spojrzenia na swoje życie z różnej perspektywy, uczy się rozumienia samego siebie, swoich wcześniejszych negatywnych zachowań.

Chcemy tworzyć nadal takie filmy, aby nasi podopieczni — aktorzy mogli opowiadać o swoich marzeniach, złości, rozczarowaniach, pokazywać swoje możliwości, zmierzyć się ze swoimi słabościami, „ugłaskać filmem”. Odkrywając mapę swojej duszy łatwiej im będzie zrozumieć własne kompleksy, złe emocje, przyczyny życiowych porażek.