Listonosz św. Brata Alberta

Jeśli chcą Państwo być informowani o aktualnościach i wydarzeniach w placówkach św. Brata Alberta prowadzonych przez Koło Wrocławskie TPBA, to prosimy o wpisanie swojego adresu e-mail:

Wśród bezdomnych: samotni, odrzuceni, bezradni
Autorstwo / redakcja: Dariusz Dobrowolski   
wtorek, 22 lutego 2005 14:04

Wśród bezdomnych:
SAMOTNI, ODRZUCENI, BEZRADNI

DARIUSZ DOBROWOLSKI

Znamy ich z dworców, ulic, bram. Spoglądając na nich, nie zdajemy sobie sprawy co znaczy żyć z twarzą pozbawioną uczuć, nadziei, z dorobkiem życia mieszczącym się w jednej reklamówce, pustą kieszenią, w której nie dźwięczą klucze do tych jedynych, dających poczucie bezpieczeństwa drzwi.

Kim są?

Mieszkańcy Schroniska św. Brata Alberta to grupa osób, która sukcesywnie przychodzi prosić o nocleg, posiłek, odzież i pomoc na jakiś czas, bo tak się złożyło, że nie można sprostać chwili.

Rotacja mieszkańców jest dość duża, szczególnie wśród młodych mężczyzn w wieku 25-30 lat. Należą tu albo trzeźwiejący alkoholicy, którzy chcą zmienić obciążające ich środowisko albo ci, którym nie odpowiada spanie na materacach w korytarzu, albo ci, którzy chcą po prostu skorzystać z form pomocy realizowanych w schronisku. Przebywają do chwili, kiedy opiekun zacznie się dopominać o efekty ustaleń, czyli np. o zaświadczenie o podjęciu pracy czy opłatę za pobyt, czy informacje szczegółowe dotyczące wyrabiania grupy inwalidzkiej, renty, złożenia wniosku o lokal socjalny, badania lekarskie. Wtedy przeważnie opuszczają schronisko, gdyż albo nic nie zrobili w swojej sprawie, albo nadużywają alkoholu na terenie schroniska, albo przychodzą do schroniska pod jego wpływem.

Duża liczba mieszkańców to osoby w wieku poprodukcyjnym, które przebywają w schronisku na skutek rozpadu rodziny z powodu długotrwałego alkoholizmu. Ich dodatkowym problemem jest samotność i brak akceptacji ze strony najbliższych ze względu na zły stan zdrowia (choroby psychiczne, lęki nerwicowe, długotrwałe depresje, nerwice, schizofrenia, a także uszkodzenia trwałe narządów ruchu, upośledzenia umysłowe). Trudno im znaleźć miejsce przy rodzinie, w Domu Pomocy Społecznej czy na oddziale terapii odwykowej. Mimo świadomości, że mężczyznom po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce trudno jest zachować abstynencję po 20-25 latach picia, próbować zawsze trzeba.

Kolejna grupa mieszkańców to osoby w wieku produkcyjnym (między 30-50). Mieszkańcy ci, to byli więźniowie, którzy nie mają dokąd wrócić po odbyciu kary. To alkoholicy nie dostrzegający problemu picia w swoim życiu. To osoby nie potrafiące odnaleźć się w rzeczywistości z powodu wyuczonych mechanizmów niezaradności (podłoże psychiczne). To osoby z Domów Dziecka, które nie otrzymawszy właściwej pomocy po ich opuszczeniu, miały trudności z ukończeniem szkoły, znalezieniem pracy i mieszkania, część życia spędzili na uprawianiu procederu, cudem unikając więzienia, ale trudności z przystosowaniem pozostały.

W schronisku mieszkają też osoby nieuleczalnie bądź przewlekle chore. Zostały one przywiezione przez pogotowie i zamieszkują izbę chorych (gdy nie ma miejsc, śpią na korytarzu na materacu) oczekując na ponowne przyjęcie do szpitala lub do domu pomocy społecznej, bądź hospicjum. Mogą też pozostać pod opieką schroniska.

Narastający lęk

Człowiek jako jedyna istota może zastanawiać się nad znaczeniem i celem swojego istnienia. Niejednokrotnie mogłem rozmawiać z ludźmi, którzy uważali, że stracili sens życia. Wszyscy oni twierdzili, że sytuacja, w której się znaleźli jest niesamowita, trudna do określenia, beznadziejna, siebie natomiast postrzegali jako istoty małe, bezradne, bezsilne i zdane na łaskę losu. Ludzie ci widzieli same przeszkody na swojej drodze, czuli się osaczeni i zamknięci w ciasnej przestrzeni redukującej ich własne możliwości, pochłaniającej światło, ale też i powietrze niezbędne do oddychania. Ta nienormalność ich sytuacji powoduje zniekształcony i tendencyjny obraz świata, zanika równowaga. Zawodzą odpowiednie mechanizmy obronne mogące przynieść ukojenie. Narasta coraz większy lęk. Myślę jednak, że jest to lęk związany z dalszym i pełnym niepewności życiem, a nie lęk przed śmiercią. Kiedyś jeden z mieszkańców powiedział mi, że umie ten lęk w sobie rozbudzić - podsyca go złowrogimi myślami. Niektórzy mieszkańcy z upodobaniem tworzą dramatyczne historyjki, będące wynikiem ogromnego bagażu doświadczeń. Mity rosną przeważnie w schroniskowej palarni wśród gęstych obłoków dymu. Dymu tak gęstego, że nie widać twarzy człowieka, któremu łatwiej wtedy skłamać.

Rzeczywistość przez mgłę

Większym problemem w schronisku są zaburzenia psychiczne, które u bezdomnych występują dość często. Nie zawsze jednak można stwierdzić czy objawy nasuwające podejrzenie choroby są przyczyną, czy też skutkiem bezdomności. Nawet bardzo niezwykłe zachowania i wygląd bezdomnych mogą być następstwem okropnych, niewyobrażalnych dla nas warunków życia. Nietrudno o pomyłkę w rozpoznaniu, zwłaszcza, gdy opiera się ono na jednorazowym kontakcie. Rozmaite okoliczności i czynniki mogą odgrywać istotną rolę w zaburzeniach psychicznych u osób bezdomnych. Obok ostrego i przewlekłego stresu może to być długotrwałe niedożywienie, niedostatek snu, wyziębienie organizmu, brak higieny, zakażenia, różne choroby somatyczne (często nie leczone). Dużą rolę odgrywa też okaleczenie psychiki wynikające z braku oparcia i pomocy, izolacji społecznej i odrzucenia, zaburzeń osobowości (szczególnie osobowość dyssocjalna), rzeczywistej wrogości i lęku otoczenia.

Alkohol

Chorobie psychicznej może towarzyszyć nadużywanie alkoholu. To także sam alkoholizm może wywoływać objawy przypominające różne schorzenia psychiczne. Choroby związane z tym nałogiem są najpowszechniejszym problemem psychiatrycznym w grupie wiekowej od 18 do 65 roku życia. Szacuje się, że mniej więcej 20 proc. mieszkańców schroniska rozpoczynających leczenie z tego uzależnienia cierpi na pierwotne zaburzenia psychiczne. Zmierzenie się z problemem alkoholowym w schronisku jest rzeczywistym i sporym wyzwaniem. Na osiągnięcie i utrzymanie trzeźwości ma też wpływ aktywne leczenie współistniejących z alkoholizmem zaburzeń psychicznych.

Z nadużywaniem alkoholu jest ściśle powiązana depresja, która występuje prawie u wszystkich mieszkańców, którzy odstawili picie. Jej objawem jest utrata łaknienia, bezsenność i zaburzenia snu, myśli samobójcze i uczucie rozpaczy. Gdy takie osoby przychodzą do schroniska, a właściwie zostają przywożone (zgarnięte) przez pogotowie bez uprzedniego zbadania ze względu na odór ich ciał, który jest nie do zniesienia nawet dla służby zdrowia, wtedy jest dużo pracy i mnóstwo lęku o takiego człowieka. Przeważnie jest to osoba nam znana; pomagamy jej się wykąpać, od-wszawić, ubrać. Często wzywamy pogotowie. Później jest długie wchodzenie w okres niepicia. Jeżeli zdarzają się wyskoki w kierunku butelki powodują całkowitą lub częściową niemożność wyrwania się ze szponów bezradności. Kończy się to przeważnie w melinie, kanale, bardzo często na dworcach.

Postrzeganie siebie i samoocena, zależy od charakteru stosunków z innymi oraz efektywności funkcjonowania społecznego. Jasne jest więc, że egzystencja osób bezdomnych, żyjących na „obrzeżach” społeczeństwa, w dużym stopniu opiera się na ich własnych sądach, a ściślej rzecz ujmując - na poczuciu niedowartościowania i zewnętrznej kontroli, a także braku wiary we własne siły.

Zaklęte koło porażki

Mieszkańcy schroniska bardzo często wyolbrzymiają własne porażki, mogąc przecież pochwalić się sukcesami, tak często przez nich niedocenianymi. Zdarza się, że gardzą sobą tak bardzo, że zaczynają nienawidzić samych siebie. A człowiek nie akceptujący sam siebie, niezadowolony i z niską samooceną nie może i nie funkcjonuje prawidłowo w społeczności. Stąd też rodzą się codzienne kłótnie z byle powodu: a to telewizor nadaje nie na tym kanale, a to okno za szeroko otwarte, a to radio gra za głośno, a to światło pali się do późna. I nie dość, że myśli mieszkańca schroniska koncentrują się na samych kłopotach i trudnościach w obcowaniu z innymi, to jeszcze, co równie ważne, takie negatywne myślenie osłabia ich i pozbawia zapału oraz chęci otwierania się na innych.

Porażki mieszkańców schroniska wynikają nie z braku zdolności, możliwości czy nawet bezdomności, lecz z nieumiejętności pełnego zaangażowania. Nie wkładają całego serca i całego siebie w to, co robią. Wykonują wszystko połowicznie. I to jest właśnie przyczyną całkowitych lub częściowych niepowodzeń, jakie ich spotykają.

Wielu mieszkańców jest w stanie usamodzielnić się, lecz brak wiary w to, że potrafią funkcjonować poza schroniskiem skutecznie podcina im skrzydła.

Ci bezdomni, którzy czują się niezdolni do stawienia czoła najdrobniejszej nawet porażce, odrzucają bez wahania myśl o doskonaleniu się. Zamykają się coraz bardziej, z góry zakładając klęskę. Wygodniej im czekać bez celu niż dopuścić do tego, by rzeczywistość, nawet zapowiadająca przyjemności, narzuciła im zbyt wyraźnie określone granice. Utrwalają wskutek tego stan niezaspokojenia. Żaden pokarm nie da poczucia sytości, nic nie jest w stanie przynieść im dobrego samopoczucia ani radości. Ich wymagania wobec innych są tak ogromne, że mają coraz boleśniejsze poczucie pustki. Tak bardzo chcą mieć wszystko, że w końcu z własnej winy nie mają nic.

Ktoś, kto pracuje z ludźmi znajdującymi się w sytuacji kryzysowej, musi pamiętać o tym, że jego własne emocje powinny być stale pod kontrolą. Nie zawsze jednak można podchodzić do problemów innych ludzi z dystansem. Ważne jest, aby nauczyć się, w interesie własnym i podopiecznych, panowania nad swoimi uczuciami zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi. Umiejętność ta jest niezbędna do efektywnej pomocy, szczególnie w sytuacjach ekstremalnych. Należy także pamiętać, że nawet przez moment nie wolno wątpić w sensowność okazywanej pomocy.

Dobre serce nie wystarczy

Skuteczność naszego działania warunkuje nie tylko proces ciągłego myślenia, ale także, a może przede wszystkim - wiedza. Ktoś, kto pracuje z ludźmi, powinien się uczyć właściwie bez przerwy, bo nie wystarczą tylko dobre serce i chęci.

Każdy, kto pragnie skutecznie pomagać ludziom, powinien stać się w tym pomaganiu profesjonalistą. Oznacza to, że musimy być po trochu pielęgniarką, psychologiem i prawnikiem. Niezbędne jest również porównywanie swojej działalności z osiągnięciami innych, konfrontacja kłopotów własnej organizacji z problemami pozostałych grup, a także poznawanie innych sposobów rozwiązywania tych problemów.

Praca w schronisku jest wyjątkowo trudna. Poznajemy naturę ludzkiego cierpienia, a tego nie robi się bezkarnie. Mimo świadomości, że nie należy ulegać emocjom gromadzą się w naszej psychice echa wielu krzywd, spraw, których nie udało się załatwić. Wybierając sobie taką drogę życiową, musimy zdać sobie sprawę z tego, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze poczynania wobec osób, z którymi się stykamy. Mamy jednak prawo i obowiązek chronienia samego siebie przed nadmierną eksploatacją i zmęczeniem. Przed poczuciem winy i bezradności możemy się uchronić poprzez wiedzę i racjonalne podchodzenie do naszych działań, poprzez stosowanie technik terapeutycznych, pozwalających uwolnić się od tego typu emocji. Myślę, że powinniśmy uczyć się przyjmowania pomocy od innych. Kiedy dzieje się coś niedobrego, powinniśmy umieć powiedzieć: - Słuchaj, jest źle, pomóż mi, bo wiem, że potrafisz. Stawia nas to w jednym rzędzie z naszymi podopiecznymi. I tak ma być, wszyscy bowiem jesteśmy ludźmi.

Autor jest kierownikiem Schroniska przy ul. bp. Bogedaina 5 we Wrocławiu