Listonosz św. Brata Alberta

Jeśli chcą Państwo być informowani o aktualnościach i wydarzeniach w placówkach św. Brata Alberta prowadzonych przez Koło Wrocławskie TPBA, to prosimy o wpisanie swojego adresu e-mail:

U Brata Alberta
Autorstwo / redakcja: Stefan Laurent   
wtorek, 22 lutego 2005 14:02

U BRATA ALBERTA

STEFAN LAURENT

…Miałem swój dom z ogródkiem
Miałem rodzinę, przyjaciół
Miałem pracę, marzenia
Miałem poczucie bezpieczeństwa
Teraz, gdy patrzę na leniwy dworcowy zegar
Odmierzający pociągi do nikąd
Wiem, że straciłem wszystko…

Świat się we mnie poprzestawiał. Ocknąłem się na prostej drodze, z ostatnim ostrym zakrętem za plecami. Muszę więc wszystko od nowa ponazywać. Poukładać w jedną całość. Udać, że tak naprawdę to nic się nie stało. Nikt mnie nie zmusił, by porzucić wszystko, co przez lata zbudowałem, wymarzyłem, pokochałem, ogarnąłem. W tym pokoju wszystko było źle poustawiane. Szafa wiecznie krzywo na mnie patrzyła. Dziwne, stół okulał i musiałem go porządnie podeprzeć. Tyle lat kładłem na nim chleb, masło i wędlinę. Ona parzyła kawę. Kiedyś kawa miała zupełnie inny smak, inaczej pachniała, tak pełniej, radośniej (podawana przez żonę w filiżance). Siedząc na krześle obranym ze złudzeń, wygniecionym przez pośladki czasu, poharatanym, oglądam swoje zamarzone odbicie. Czy to na pewno ja, z wykrzywioną szyją, opartą na dwóch skonanych ramionach? Odkąd pamiętam nigdy nie potrafiłem zawiązać krawata. Żona robiła to całkiem nieźle. Kiedy stanąłem ubrany w śnieżnobiałą koszulę i popielaty garnitur, jej zgrabne palce zawiązywały liliowy węzeł. Szliśmy na spacer. To było jakby przez mgłę, nierealne, wręcz absurdalne, gdy stanąłem w kolejce po materac ściągnięty krawatem. W środku była upragniona poduszka i koc do przykrycia. W końcu miałem gdzie głowę przyłożyć. Na korytarzu (w pokojach nie było miejsca) długim, smutnym, pachnącym niewyobrażalnym nieszczęściem i biedą, rozwiązywałem krawat i rozwijałem swój Dom wielkości jednego metra z niedużym kawałkiem. Pojawiała się reklamówka, wszystko co miałem.

Gdy przywozili mojego sąsiada, wychudzonego, brudnego, zaniedbanego, oblanego strumieniem lepkiego potu, cuchnącego potu, zobaczyłem jak się stoczyłem na dno.

Często wstydziłem się pokazywać na oczy moim znajomym, przyjaciołom którzy normalnie żyją, chodzą po ulicach, spacerują ze swoimi dziećmi. Czułem się jak szmata. Lepiej było w ogóle nie trzeźwieć. W szarym płaszczu nocy, gdy korytarz zamieniał się w wielkie chrapowisko a jedyna lampa dyskretnie rozkradała ciemność, widziałem wielu odbarwionych, złamanych ludzi.

We śnie nad śpiącymi pojawiała się zawsze taka sama postać, lekko przygarbiona, otulona zgrzebną burką z sercem na dłoniach.

Delikatnie sunęła wąskim korytarzem, pojawiała się na świetlicy gdzie na ławkach, pod stołami spało prawie pięćdziesiąt osób. Przyszedłem tutaj zamieszkać z wami, nie mogę Was zostawić.

Przez otwarte okno wsunęło się trochę lekkiego wiatru. Zrobiło się lżej, płuca mogły oddychać pełną parą. Zniknęły zatory w gardłach i nastała przedziwna cisza. Skarpety wieczorem wyprane i powieszone pod parapetami na rachitycznych sznurkach, nagle zrobiły się suche, gotowe do ubrania (nigdy bowiem nie wysychały do rana i trzeba było wilgotne zakładać na zbolałe, opuchnięte nogi).

Drzewa wesoło zaglądały do gardzieli okien i cichutko nuciły liściem piękną kołysankę.

Nad zbolałym barakiem niebo powoli rozsuwało ciemności, gwiazdy powywracały się na drugą stronę, a pochlipujący, zakatarzony księżyc robił miejsce swojemu rywalowi słońcu.

W kuchni krzątała się Matka, zawsze ta sama, cierpliwa i kochająca z sercem na talerzu, z rumianym bochnem chleba, częstowała mnie białym warkoczem mleka. Taką Ją zapamiętałem i taką będę pamiętał, nawet w tym miejscu i o tej porze na podłodze w darowanym mundurze koca i wszelkim ciepłem przyjęcia pod dach.

Pamiętam również to co niedobre za mną. Pamiętam brudny obślizły dworzec, zegar odmierzający leniwie godziny, ławki oblegane przez ludzi, megafony zapowiadające kolejne pociągi do nikąd. Gdy byłem podróżnym na nic nie zwracałem najmniejszej uwagi. Interesował mnie tylko pociąg, który miał mnie zawieść do domu.

Po rozrobieniu pepsi coli z „dyktą”, wymieszaniu i odgazowaniu nalewam Cześkowi do plastiku śmierdzącą miksturę. Nalewam pod grubość pudełka po zapałkach.

Żeby nie trzeźwieć powtarzamy ten zabieg co pół godziny. Wtedy już świat zewnętrzny nie dociera już do mnie. Dworcowy zegar z czarnym palcem na białym tle przesuwa czas do przodu. Jeszcze piętnaście minut, jeszcze dziesięć minut, pięć, trzy, dwa… Już odrywam plastikowy kubek z żelazna miarką, unoszę do ust, uff, jak ciepło.

Dobrze by było by nigdy nie odszedł moment nieświadomości, nie chcę spoglądać na siebie na trzeźwo, nie chcę czuć smrodu własnego ciała (nawet przez minutę). Brudnym rankiem, pajda pustego chleba spięta w głodnym uścisku, kubek rozpłukanej herbaty stawia na nogi.

Pora opuścić ten niedobry krajobraz i pójść w miasto, dopiero co przebudzone.

Czesiek dobrze chodził po „kancie”, zawsze wpadał w rutynowy płacz przed ewentualnym darczyńcą, pokazywał plik recept nie wykupionych od pół roku i w ten sposób kruszył najbardziej chłodne serca. Raz udało mu się rozkruszyć serce biednej starowinki na pięćdziesiąt złotych. Ile wtedy było radości i toastów za poczciwą kobiecinę. Czesiek wiele razy opowiadał jak wycałowywał pooraną wiekiem dłoń swojej ofiarodawczyni, jak zarzekał się że to nie na wódkę, a na lekarstwa. Biegliśmy wtedy cali umorusani radością… na „cpn”, by tam w ciszy zatankować. Wieczorem wraz z dużą ilością biedy wracaliśmy na dworzec pilnując jak oka w głowie zawartości w plastikowej butelce. Rytuał powtarzał się co noc, choć z jednym wyjątkiem. Pewnej spóźnionej nocy opuściłem Cześka udając się na przydworcową świetlicę. Było nawet przyjemnie, za parę groszy kupiłem sobie smętna herbatę z ogryzkiem cytryny i co chwilę popijałem mój ból i wracającą świadomość. Wtedy po raz pierwszy dobiegł mnie głos z ustawionego na bufecie telewizora, głos takiego „menela” jak ja:

„… niektórzy traktują bezdomnych gorzej niż zwierzęta, bo nawet piesek czy kotek ma czasami lepsze lokum i się o niego dba. A człowiek leżący na ulicy, siedzący na klatce schodowej, lub śpiący na śmietniku nie ma w ogóle szans. Ludzie różnie myślą: może ten co leży, to złodziej, może pijak, może…”

Drugi pan mówił, że niepokojąca jest też skala ubożenia całego społeczeństwa, że trzeba dokonywać wyborów: czy zapłacić za czynsz, czy kupić coś do jedzenia… „Schroniska świętego Brata Alberta przeznaczone są dla osób bezdomnych, takich zupełnie nieporadnych, połamanych. Trafiają tu też osoby, które nie mają mieszkania, czy pracy. Schronisk jest ciągle za mało, a bezdomnych ciągle przybywa”.

Kończyłem herbatę, kobieta za bufetem zmieniła kanał, przypomniałem sobie o Cześku, narzekał dzisiaj na bóle w klatce piersiowej. Może nie powinienem tam go zostawiać samego. Szybkim krokiem opuściłem dworcowa świetlicę. Czułem, że powraca mi świadomość. Czułem, że coś niedobrego się stało. Na miejscu, gdzie jeszcze przed pół godziną odmierzaliśmy żelazną działkę „dinksu”, stał spory tłumek gapiów. Zajrzałem do środka, w momencie, gdy Cześka pakowali na nosze. Nie dawał znaku życia. Pusta butelka przy jego reklamówce świadczyła, że po raz ostatni skoczył jej do gardła. Osunąłem się spocony na posadzkę. Chciałem biec za Cześkiem, chciałem choć zawołać jego imię. Gdzie go zabieracie, przecież jest wszystko w porządku.

„Po pierwsze, jest w dużych miastach anonimowość, jak się przechodzi koło drugiego człowieka, to nie wiadomo kim on jest. Po drugie, obojętność może być efektem wielu lat walki z religią i z wartościami duchowymi, które traktowały miłosierdzie jako cnotę”. Rozglądałem się za twórcą tych słów, nikogo w pobliżu nie było. Kto to powiedział? Megafony zapowiedziały kolejny pociąg do nikąd.

Chcesz się wykąpać? W schronisku zjesz gorącą zupę, prześpisz się w ciepłym. W pierwszej chwili znowu nie wiem skąd dobiega głos. Zrezygnowany podnoszę głowę, wstaję i idę automatycznie za głosem, który wciąż powtarza: „będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze…”. Samochód zatrzymuje się przed wygniecionym barakiem. Wysiadam z trzema przybyszami, rzucam okiem na tablicę przytwierdzoną do metalowej siatki ogrodzenia. Czytam: „Schronisko św. Brata Alberta”. Nie wiem skąd, ale czuję, że jestem bezpieczny, wróciła świadomość.

Jakaś jasna postać unosząca się nad barakiem zaprasza gestem ręki do środka. Przed samym progiem patrzę jeszcze raz w górę (czyżby halucynacje? czyżby „delirka”, której tak się bałem?). Jest, widzę twarz postaci, dobrotliwą, zatroskaną, uśmiechniętą. Mruga do mnie przez szkła binokli. „Będzie dobrze”, jeszcze raz słyszę tuż po wejściu.

Czasem do szczęścia wystarczy gorąca zupa i koc na podłodze. Już mi lepiej – mówi sąsiad - i pochyla się nad talerzem gorącego żurku. Bierze do ręki kromkę chleba. Po chwili robi znak krzyża i zaczyna jeść. Przypominam sobie matkę i wielki rumiany bochen chleba.

Cześka pochowali prawie miesiąc później. Nie mogli ustalić ani jego nazwiska, ani nic, co mogłoby dać mu datę urodzin. Czesiek nie pojawiał się w schroniskach i noclegowniach i nikt nie mógł pomóc w ustaleniu jego danych. Ponieważ czas mijał a za leżenie w lodówce trzeba było słono płacić Cześka pochowała opieka jako „en ena” na cmentarzu komunalnym. Byłem sam w kondukcie. Pod rękę z deszczem i łzawą muzyką z magnetofonu sunęliśmy ostatnią drogą. „Ty Czesiek nic już nie potrzebujesz – naigrywały się wierzby płaczki – przechlastałeś swoje życie, nie ma ciebie na żadnych fotografiach, rodzina o tobie zapomniała, bo przecież byłeś bardzo zły, dzieci wyrzuciły cię na ulicę, bo nic nie robiłeś tylko piłeś i piłeś, a potem się awanturowałeś, krzyczałeś, biłeś żonę. Najbliżsi bali się, że w końcu zrobisz im krzywdę. Alkohol mózg ci «zlasował» i sponiewierał wątrobę”. Na pożegnanie zagrali ci „silentium” na trąbce, dostałeś tabliczkę „en en” plus datę śmierci. Ostatni raz zostawiłem cię samego.

Jutro minie miesiąc odkąd jestem w Schronisku Brata Alberta. Leczę rany, muszę podjąć terapię przeciwalkoholową. Odkąd przestałem pić rozpoczęły natarcie wszelkie choroby. Lekarz odradza mi palenie, picie, doradza dietę. Mam poważne problemy z płucami a i nogi okropnie puchną. Budzę się każdej nocy z potężnym bólem i lękiem. Widzę odchodzących ludzi, jeden po drugim przechodzi na drugą stronę lustra. Wszyscy są smutni, odrzuceni, samotni, przeraźliwie samotni, ale mają ciągle nadzieję. Ostatni błysk w oku.

W ostatnich dniach odbyłem kilka rozmów w sprawie pracy, niestety za stary już jestem, takich już nie potrzebują. Mając prawie pięćdziesiąt lat mogę liczyć tylko na pracę na czarno. Lekarz mi mówił, że kwalifikuję się na grupę inwalidzką - „zbieraj pan papiery i rób pan badania”. Józek opowiadał, że przychodzą czasem do schroniska z ofertami pracy, ale większość szuka do niewolniczych prac, na fermach bądź ubojniach – po 20 godzin dziennie. Płacą przeważnie alkoholem, bo na człowieku z poczuciem winy lepiej pojechać. Ale są też uczciwi – dodaje Stefan – pracowałem kiedyś na budowie, nie dosyć, że dobrą kasę dawali, to szefowa częstowała jeszcze obiadem. A niektórzy to sami są sobie winni – dopowiadał Marian – popobierali zaliczki i już ich więcej nie zobaczyłeś.

A mi podobało się takie życie – skomentował Marcel – bez pracy, nie miałem żadnych obowiązków, żadnego wstawania na czas, a kiedy już wstawałem to szedłem pić, nie miałem żadnej odpowiedzialności, żadnych opłat, świat się kręcił!

Czesiek też był święcie przekonany, że takie życie jest dla niego najlepsze.

Zima tego roku zaatakowała bezdomnych w listopadzie. Codziennie do schroniska zgłaszało się do przyjęcia kilkanaście osób, tych co nie mogli, przywoziła Straż Miejska i Pogotowie. Byli w opłakanym stanie, z owrzodzonymi ranami, gruźlicą i miażdżycą, zwiotczali, drżący, z podkrążonymi łydkami. Ci co byli badani przez lekarza, dołączali „żelazny” list – nie wymaga leczenia szpitalnego.

Tej zimy zamarzło przeszło 300 osób, rząd przeznaczył na doraźną pomoc bezdomnym jeden milion złotych.

Pewnego dnia spadł śnieg, a w domu pojawiła się choinka. Wniosła wiele ciepła swoją obecnością, pachniała nieznanym nam lasem. Ojciec przynosił drzewko kilka dni wcześniej, bo na placu był wtedy większy wybór. W tym czasie przygotowywaliśmy różne ozdoby choinkowe, wyklejaliśmy kolorowe łańcuchy, wycinaliśmy gwiazdy, pisaliśmy karty świąteczne, rozczesywaliśmy włosy anielskie. Matka krzątała się w kuchni, wyczarowywała dla nas przepyszne makowce, serniki i keksy. Ślinka nam ciekła po brodzie, a trzeba było jeszcze dzień wytrzymać.

Godzina narodzin Pana nadchodzi / Na Ziemi wieczerza opłatkiem łamanie / Do wszystkich domów święta noc przychodzi / Już słychać jej ciche, nieśmiałe pukanie.

Po Wiesława ma przyjechać syn, ma go zabrać na całe święta, chłopina cieszy się jak dziecko, nie może na niczym się skupić. Ręce mu się trzęsą, podaje Józkowi niezdarnie bombkę, jest nieobecny, kolejna ozdóbka leci na podłogę.

Tomek idzie na wigilię do znajomych, wystrojony w śnieżnobiałą koszulę i lekko za duży garnitur, zdobi go nienagannie zawiązany krawat. Muszę kupić jeszcze jakiś prezent – mówi – dzisiaj każdy coś dostanie. Spokojnych świąt, znika w drzwiach schroniska.

Kazek wyjeżdża do siostry, może wróci na Nowy Rok. Składamy sobie życzenia. Parę łez, do zobaczenia w lepszym świecie.

Stefan miał jechać do kolegi, ale boi się o swoja abstynencję, zostaje.

Cicha noc, święta noc, wzruszenie zatyka mi gardło. Samotność paraliżuje przy stole. Matka zaściela biały obrus, zostawia jedno miejsce wolne, ktoś przyjdzie.

Po Wieśka syn nie przyjechał, dzwonił, że coś mu tam wypadło. Gwiazdy popłakały za niego.